Wpis

środa, 27 grudnia 2017

Lustra nie ma. Część I

Podczas głoszenia dobrej nowiny wszystkim ludziom, aż nadejdzie koniec, doszedł naszych uszu gniewny, maniakalny wrzask.

 .................................................................................................................................................................................................................

 

 

 CenturyWharf

 Miejsce akcji: Zjednoczone Królestwo, Cardiff. Zamknięte osiedle mieszkaniowe Century Wharf.

 

Mateusz


              Podczas głoszenia dobrej nowiny wszystkim ludziom, aż nadejdzie koniec, doszedł naszych uszu gniewny, maniakalny wrzask. Dobiegał z wnętrza żółtego vana Renault Master:

‒ Kurwa! Zamknij się ćwoku! Jeb to.

‒ Co? – żona zapytała najogólniej jak się da.

‒ No no..  nasz rodak – powiedziałem z przekąsem – chyba ma problem.

‒ Jaki bluźnierca wstrętny, że tak powiem!! No, ale takim też trzeba głosić – powiedziała z zadumą.

‒ Daj spokój. Mam już dosyć służby na dzisiaj. A szczególnie w tego typu okolicznościach.

‒ Wszystkim trzeba głosić! Pamiętaj, jaki dzisiaj jest dzień! Może to, że tak powiem, nie przypadek, że go usłyszeliśmy.

Kobieto.. przestań ciągle powtarzać: ”że tak powiem” – myślę.

‒ OK. Poczekajmy chwilkę, aż się uspokoi i jak wyjdzie, to podejdziemy – powiedziałem, słabo udając entuzjazm.  

Z tylnych drzwi vana wynurzyła się czerwona ze złości twarz. Później całe ciało, przystrojone w utytłany w farbie, biały kostium. Pojawił się skonsternowany, brodaty po trzydziestce. Zamachał rękoma, jakby odgrażając się nieistniejącemu wrogowi i wrócił z powrotem na pakę.

Po chwili wynurzył się ponownie, tym razem z bezprzewodową wkrętarką Boscha w łapie. Żona wstała, co było sygnałem do rozpoczęcia natarcia. Powoli zbliżaliśmy się do celu. Obiekt zauważył nas, badawczo zlustrował nasze jestestwo, oceniając zagrożenie.

 

Jonatan

 

Nie ma niczego bardziej zapadającego w pamięć niż poczucie upokorzenia. Kompromitujące wspomnienia nawiedzają umysł, niczym osy obsiadające bułki z budyniem w duszny, letni dzień. Zaatakowały mnie podczas poszukiwania wkrętarki:

Ósma klasa podstawówki. Pewnego dnia, podczas wolnej lekcji, atrakcyjna i sympatyczna koleżanka z klasy Aneta Walewska oznajmiła mi, że chce się ze mną kochać.

To było na poważnie. Dobrze mi się na duszy zrobiło. Nieoczekiwany dar od świata. Teraz to wiem. Ale dawny ja, z którym coraz trudniej mi się utożsamić, oświadczyłem, że przykro mi, ale nie.. bo ja Świadek Jehowa, bo Organizacja i ja tylko po ślubie. Pamiętam jej spojrzenie.. smutne, rozczarowane i zdziwione..

‒ I chuj. Kurwa!!! – wydzieram się.

‒ Ćwok! Pacan!! ‒ wymachuję łapami.

 ‒ Zamknij się! ‒ krzyczę głośno do własnych myśli.

Dlaczego mnie to tak denerwuje? Ja chyba lubię się frustrować. Rozczarowanie znajduje swój wyraz w bardzo prymitywny sposób, bo dotyczy prostych rzeczy. W jaki sposób potoczyłoby się moje życie gdybym przespał się z Aneta Walewską? Zapomnij człowieku! To już nie ma znaczenia.

Ale zabrali mi to. Młodzieńczą radość, nieletnią jędrność..

Tłumok!

Odejdź zła myśl! Zgiń przepadnij! To było dawno. Precz z gdybaniem! – strofuję się w myślach.

 Myśli kompromitujące budzą się i organizują desant na moją duszę. Osy nadlatują. I stało się: Posikane spodenki na wf‒ie. . Lala lala nie ma tego nie ma!! Ale już leci następna: „Jestem głęboko rozczarowany Twoją postawą. W naszej firmie nie ma dla Ciebie miejsca, nigdzie też Cię nie zarekomenduję”  Nie! Tylko nie to! Koniec!  Przestaw się ty mózgowa szmato!

Wystawiam głowę przez tylne drzwi vana, aby ochłonąć. Wracam. Ale zaraz, co ja chciałem? A jest. Wkrętarka!!

Nagle kątem oka zauważam człowieka w marynarce. Wije się i kluczy jak dżdżownica. Na twarzy ma profesjonalnie poważną minę. Zmierza w moim kierunku. Za nim podąża elegancko ubrana kobieta i kilkuletnia dziewczynka. Ło da fak?

‒ Dzień Dobry. Jak tam się pracuje? – zagaja do mnie. Czy ja śnię? Wystartował tak po prostu, jak gdyby to była Polska i jak byśmy byli sąsiadami od lat. Szeroka prezentacja krzywych zębów w prawdziwie sztucznym uśmiechu. Ciemno zielony, fatalnie skrojony garnitur, czarny neseser i do tego brudne brązowe buty. Nie może być inaczej. Jest to przedstawiciel handlowy samego Jehowy.

boti0456

 

 

Zaskoczył mnie. Zaczynam być zmieszany i niepewny. Trzęsą mi się ręce. Taka bezwarunkowa reakcja organizmu na posmak znanej mu trucizny. Uspokój się. Powiedz coś.

‒  Eee dobrze, dziękuję – mało błyskotliwe odpowiadam.

‒ Ja mam dzisiaj dej off – ciągnie pan Marynarka. Ponglishowy slang znamionuje osobowość emigracyjną. Albo to próba szukania nici porozumienia rodem z Teokratycznej Szkoły Służby Kaznodziejskiej lekcja któraś tam: „Jak zbudować wspólny grunt pod rozmowę”.

‒ Zauważyłem po rejestracji auta, że jest pan z Polski, a właśnie dzisiaj jest bardzo szczególny dzień – przed moim nosem pojawia się kolorowy pamflet z chlebem i winem na okładce – chciałbym zaprosić na wyjątkowe spotkanie, które odbędzie się dzisiaj nieopodal..

‒ Heh.. wie pan.. – przerywam, prezentując swój cyniczny uśmiech – ja to znam całkiem nieźle: Pamiątka, ofiara Chrystusa, 144 000.

 Zajadły patos, zdrętwiała dupa i bezkresna otchłań patologicznej nudy.. – zakpiłem w myślach. Tadam!! W oczach pana podejrzliwość, a na twarzy przestrach. Tylko mała dziewczynka patrzy z zaciekawieniem, zadzierając śmiesznie głowę. 

‒ Krótko mówiąc; dzięki, nie skorzystam, nie przepadam za amerykańskimi religiami – dodaję szpilę.

‒  To nie amerykańskie, to po prostu Biblia, ta księga nie ma narodowości, wszystko jest tam napisane, trzeba się tylko zapoznać  – odpowiada, trochę naburmuszony pan Marynarka.

‒ Pan mi tu przedstawia Biblię właśnie w konkretnej interpretacji. Gdyby to było takie proste, to nie byłoby tylu religii chrześcijańskich na świecie – dwa zdania z nieznajomym i już doprowadziłem do zwarcia, mimo że tak naprawdę nie chciałem.

‒ To jest bardzo proste proszę pana i ja wiem, że można różnie interpretować, ale duża ilość interpretacji nie koniecznie znaczy, że jedna nie może być prawdziwa – odgryza się rezolutnie, trzydziestoparoletni, zawodowy zapraszacz. – A skąd pan w ogóle to zna? – pyta, łypiąc oczami niczym łowca motyli. 

‒ Studiowałem religioznawstwo, nawet byłem na kilku zebraniach – kłamię bez mrugnięcia okiem. Zauważyłem ulgę na twarzy marynarkowca. Przez moment chciałem się przyznać, że jestem „byłym członkiem” i zaobserwować reakcję. Może nawet podać mu rękę, zrobić prowokację. Ale zrezygnowałem. Zapadło pół sekundy ciszy i zdecydowałem się mówić dalej:

‒  W temacie interpretacji Biblii to pewnie jest pan przekonany, iż to właśnie pan ma to szczęście posiadać „Prawdę” od Boga? – nie mogłem się powstrzymać, przed zrobieniem gestu "cudzysłów" palcami w powietrzu. To ponoć jeden z bardziej irytujących gestów, według artykułu pt. „10 najbardziej irytujących gestów”.

Nie odpowiedział od razu, autentycznie się zastanowił. To rzadka cecha u „wypranych”.

‒ Hmm uważam, że nasza religia najuczciwiej interpretuje Biblię i mogę to udowodnić – powiedział, tym swoim mądralińskim tonem głosu.

– Każdy z przedstawicieli innych religii powie mi dokładnie to samo. Co, gdybym był na pana miejscu, byłoby dla mnie niepokojące. Na szczęście nie jestem i nie sądzę żeby jakakolwiek prawdziwa interpretacja tej księgi istniała. Zresztą mam to już dawno za sobą i mnie to nie obchodzi.

‒ A powinno, bo ta księga daję nadzieję na lepsze życie – klepie bez przekonania, wyryte w mózgu formułki pan Marynarka – i właśnie z samej Biblii dowiadujemy się jak ją interpretować

‒ Z samej Biblii well well.. czyli trzeba się zastanowić nad interpretacją wskazówek do interpretacji. Ciekawe..  Ale chyba będzie ciężko nam dojść do wspólnych wniosków – wyszczerzyłem zęby w bezczelnym uśmiechu

              ‒ A może pan skorzysta z zaproszenia? – pan Marynarka znienacka zmienił target na mojego kolegę, który w tzw. „międzyczasie” wrócił ze sklepu i stał obok cicho, z miną mówiącą: Co się tutaj kurka wyrabia??

A mnie dziwny smutek ogarnął, że pan Marynarka nie poświęca mi już uwagi. Skreślił mnie. Oddał na pastwę Armagedonu. Tak szybko. Chyba byłem zbyt agresywny.

‒ Nie, dzięki. Mamy inne plany na wieczór – odparł trochę zakłopotany tą sytuacją kolega Krzysztof.

‒ Jak tam dużo Polaków, udaje się panu zaprosić? – zagajam, aby miło zakończyć rozmowę.

‒ Całkiem sporo, całkiem sporo. Wie pan.. bardzo dużo tu Polaków mieszka.

‒ To pewnie są zaskoczeni, gdy do nich rodak zachodzi? 

‒ Oj tak. Zaskoczeni, ale i zadowoleni, zastanawiają się zawsze jak ich znaleźliśmy. He he – tajemniczo i z domieszką dumy zaśmiał się pan Marynarka.

‒ A jak ich znajdujecie? – pytam.

‒ A no różnie.. Nasi angielscy bracia nas informują, a czasem sami rozpoznajemy, że mieszkają ‒ najczęściej po antenach satelitarnych z polską telewizją. A czasem, no cóż.. po prostu słychać polską mowę – dodał z przekąsem.

A to huncwot!

‒ No tak, tak. Bardzo to ładnie wszystko. No cóż, my musimy już uciekać. Dzięki za rozmowę i miłego dnia!

I tyle było z Panem Marynarką. Spojrzał na mnie jeszcze raz badawczo, miałem wrażenie, że z wyrazem politowania. Jakby chciał powiedzieć: spróbowałem, mam czyste sumienie, po czym się oddalili.

Kobieta nie odezwała się nawet wyrazem twarzy. Stała jakby na stałe przymocowana do asfaltu, niewzruszona jak posąg. Tylko dziecko wesoło pomachało na do widzenia. 

 

Mateusz

 

Na twarzy brodatego światusa malowała się kombinacja zdziwienia, zmieszania i politowania. I niepewności. Jak gdybym uciekł ze strzeżonego zakładu psychiatrycznego i trzeba ze mną ostrożnie, bo mogę dać w mordę. To częsty wyraz twarzy ludzi zaczepionych. Nikt już nie wierzy w altruizm zaczepiania.

To wytwarza we mnie specyficzny rodzaj stresu. Upokorzenie byciem śmiesznym i lekceważonym.

Ale to tylko oni tak mnie widzą. Światusy. A ja przed samym sobą, przed Jehową jestem przecież wygranym. To misja ratowania życia. Tak trzeba. Żegnamy się i koniec. Jest!!! TAK JEST!! DO DOMU! Kolejna godzinka zaliczona i można odpocząć. 

A Agniesia jak zwykle się nie odzywała. Dość tego. To ostatni raz, gdy wyruszam z nią do służby.

‒ Ależ to był cham – mówi Agniesia ‒ głupi robol fizyczny, a myśli, że zjadł wszystkie rozumy, że tak powiem. Pewnie, co przyjechał do Jukeja. Widziałeś ten szatański tatoo?

‒ Taaa.. – odpowiadam z niesmakiem. Znowu to uczucie nienawiści do żony. Niepokój. Opanuj to. ‒ Mogłaś się też odezwać, skoro takie głupoty.

‒ Liczyłam, że ty coś powiesz mądrego. Pewnie tamten myśli, że wygrał. On, że tak powiem pluł na prawdę, a Ty? A Ty nic.

‒ Tak?! To trzeba było śmiało, jak taka mądra jesteś. Dosyć mam, że tak powiem Kurwa wszystkiego! Tylko się schować. Do domu i spokój - dodałem w myślach.

‒ Ty ostatnio masz bardzo mało do powiedzenia. Nie głosisz. Na zebraniach się nie zgłaszasz. Myślisz, że nie widzę what is going on? Weź się za siebie. Bo niedługo będziesz jak odstępca. A wiesz jak się na to zapatruje Jehowa? Nie czuję od Ciebie wsparcia – syczała tym swoim protekcjonalnym tonem.

Cisza. Tylko cisza.

‒ Dobra ignor me. Rób tak dalej.. ‒ jej ton zabrzmiał jak groźba.

Tak, wiem. Nie będzie seksu, obiadu ani uśmiechu. Guess what? Jest porno w hd szmato i chińskie na wynos. Nie mam ochoty na Ciebie, nudną kopulację ani na gniewnie rzucone na stół spaghetti z sosem z Lidla. Nawet lepiej. Posiedzę sobie na kanapie i obejrzę dobry film z tanim Bourbonem w łapie.

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
sj23
Czas publikacji:
środa, 27 grudnia 2017 23:30

Polecane wpisy

Trackback

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Kategorie

Kanał informacyjny



gangrena@10g.pl

Opcje Bloxa