Wpis

wtorek, 16 stycznia 2018

Lustra nie ma. Część 5.

Udałem się na drzemkę, która w istocie sprowadziła się do czytania artykułów i wiadomości w Internecie, których treści nie pamięta się już w trakcie czytania.

 

.............................................................................................................................................................................................................

 

 

comment_qB9wh5NPhiNyW0VlTUgyoK7WEhxg5EHrw400 

 

 

Jonatan

 

Dzień postanowiliśmy spędzić leniwie. Udałem się na drzemkę, która w istocie sprowadziła się do czytania artykułów i wiadomości w Internecie, których treści nie pamięta się już w trakcie czytania. Ale wytworzyłem sobie taki zwyczaj i udaję, że sprawia mi przyjemność. Rudi siedział w salonie i oglądał telewizję. Po kilku godzinach odpoczynku postanowiłem coś jednak zrobić.

‒ Zapowiadam Project Manhattan! – wszedłem zamaszyście do lounge roomu.

‒ Będziemy produkować bombę atomową?

‒ Nie! Będziemy zrzucać bombę kaloryczną na własne ciała. We fridgu paczka lodów Manhattan o smaku strawberry cheescake, a na stoliku świeżo zrolowany joincik.

‒ Czyli co?

‒ Odpalamy dobry film science fiction, wypalamy jointa, po czym oddamy się niczym niezmąconej konsumpcji, drażniącej nasz zmysły. Ale najpierw udamy się do świątyni.

‒ Gdzie?

‒ Do Tesco. Po piwo i łakocie.

Po krótkiej jeździe samochodem, znaleźliśmy się w mega hiper Tesco. Przyjemny chłodek orzeźwiał nasze ciała i dusze. „I am like a bird” stwierdzał refren witającej nas muzyczki. Wjeżdżaliśmy na górę po schodach pod wielkim banerem będącym ikoną konsumpcji. Wokoło kolorowo i gwarnie. I przede wszystkim towary! Na wyciągnięcie ręki. Wszystko czegokolwiek chciałbyś spróbować. Wszystko czegokolwiek nawet nie wiedziałeś, że chciałbyś spróbować. Nagroda, za ciężkie godziny rypania. Tutaj nadchodził moment, gdy mogłem bez żadnych wyrzutów sumienia, wybrać sobie „coś”. Drogiego craftowego cidera, tureckie słodycze, tropikalne owoce. Ciało ogarnia stan psychicznego komfortu, wkoło nas, inni zombie, wspierając się na wózkach, przemierzają tajemnicze meandry alejek, łypiąc zachłannym wzrokiem po półkach.

‒ Zobacz co jest na polskiej półce. Krówki!! ‒ entuzjazm udzielił się Rudiemu.

‒ Dawaj. Bierzemy! – krówki to jest zawinięta w papierek esencja przyjemności.

Wreszcie trafiliśmy, na miejsce, na które zawsze się w końcu trafia. Booze shelf!! Co by tu wybrać, żeby było dobre i tanie?

‒ Nieno kurwa. Nie bierz tego kolorowego syfu. Dawaj wódke. O ta! Tesko wódka. Jaka tania! – doszedł nas chropowaty głos rodaka. Nadszarpnięty życiem mężczyzna w średnim wieku, z kilkoma zaległymi wizytami u protetyka, nie wzbudził aplauzu dwóch młodszych towarzyszy. On był z zeszłej epoki. Nie doceniał bogactwa smaków.

‒ Mirek! Jak chcesz to bierz se wódkę. Ja piję whisky – krzyknął gniewnie ten ubrany w podkoszulkę „Polska”.

‒ Ej no! Idziemy do Szona przecie. On nie bedzie wódy pił. Zostaw to kurwa! – tym ostatecznie załatwił sprawę drugi. 

Mirek, ubrany w pamiętającą lata świetności zespołu Roxette koszulkę Big Star i podciągnięte wysoko pod pępek workowate jeansy ‒ w dramatycznym geście beznadziejnej rozpaczy  – wzniósł obie ręce wysoko do góry i machnął nimi zamaszyście: 

‒ A bierzta se co chceta!!

Przeszedł smutnym krokiem obok nas, a za nim młodsi towarzysze, ściskając „Famous Grouse” z przeceny. Spojrzeli na nas nieufnie, zapewne rozpoznając konkurencyjnych Polaków.

 

 Rudi

Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie. Jointy faktycznie relaksują. A lody i krówki smakują po tym jak nektar Bogów, pieprzona ambrozja.
Nie było już kłótni o religię tylko czysta radość z bycia w chwili.
Znam się trochę na dekoratorce. Od słowa do słowa i Jonatan zaoferował mi pracę! Miałem mu pomóc z remontem tego flatu. Dobrze się to złożyło. Miał w sumie szczęście, że na mnie trafił. Tylko dniówka taka trochę słaba 80 funtów.
Tax free co prawda.
No ale, nie no.
Nie mogę mieć pretensji, będę mieszkał w fajnym miejscu, będę miał towarzystwo, mówił, ze poimprezujemy. Słyszę ten jego głos, gdy stwierdził, że na depresję najlepsza jest ciężka praca. No tak, to mu pasuje. Ale luz. Przecież chyba mnie nie oszuka. Nie wiem, dlaczego, ale ja zawsze czuję się wykorzystywany. Bo ja taki frajer jestem, całe życie.

Jonatan

Smutek był we mnie zawsze – myślałem po bardzo wesoło spędzonym wieczorze. Rozmowy o Świadkach przygnały masę wspomnień. Nawet, jako piechur Jehowy, gdy mój zwrot i sens był ściśle określony, byłem smutny. Jednak nie ma znaczenia sens czy jest czy go nie ma. Można tylko wkręcić się w coś bardzo mocno i na chwilę zapomnieć. Ale i tak smutek i depresja czają się w zakamarkach głowy, czekając tylko na moment słabości by wypełznąć na powierzchnię.
Radość też istniała. Ale generalny ogląd stłumiony i nierealny. Odbiór życia teraz? Level: obojętność. Od kiedy? Może od czasu rozwodu. Byłem w momencie. Nie pamiętałem specjalnie, co działo się wczoraj czy przedwczoraj. Nie pamiętałem, kim jestem i co chcę. Nie myślałem o planie na życie i o tym, co mnie definiuje. Nie zastanawiałem się już nawet czy jestem dobry czy zły. Cieszyłem się, że jest Mateusz. Że nie będę pracował sam. Że chyba trochę mu pomogłem. Znam człowieka dwa dni a już z nim mieszkam i pracuję! Nieźle jak na takiego odludka jak ja.
Wiele rzeczy mnie denerwowało. Brak przyjaciół. Brak zażyłego kontaktu z rodzicami. Ogólna nerwowość psychiczna. Najłatwiej winić wychowanie w Organizacji. Rodzice żyli jak starożytny Izrael. To ich wybór. Interpretowali wszystko w prostym schemacie: Jesteś posłuszny Bogu i kapłanom ‒ robisz dobrze. Nie jesteś posłuszny Bogu i kapłanom ‒ robisz źle. I w takim schemacie trudno o zażyłość i szczerość. Wolałem im powiedzieć, że wszystko jest dobrze. Bo inaczej naraziłbym się na wyświechtaną konkluzję: A widzisz! Źle ci jest! Bo nie słuchasz Boga. Bo zlekceważyłeś jego lud wybrany.
Najlepiej to zostawić. Przez Rudiego znowu zaczynam myśleć. To mi nie robi dobrze. Najlepiej to wrzucić do jakiegoś zsypu. Nie odgarniać, nie przypominać. Istnieć.
Trochę martwiłem się tez, co będzie, gdy przyjedzie z Polski mój regularny towarzysz roboty Krzysztof. Był on budowlańcem z krwi i kości. To taka dziwna symbioza. Krzysztof był ze wsi, nie znał angielskiego i dlatego był zależny ode mnie. Był też bardzo chytry, na pewno nie będzie zadowolony, iż podczas jego nieobecności przyjąłem nowego pracownika.
Może nie ma co się przygnębiać na zapas. Na razie czeka mnie parę dni pracy z Mateuszem, sorry Rudolfem. Uśmiechnąłem się do siebie w myślach. Zapowiada się dużo rozmów na tematy religii. Temat przyciągający dziwną, patologiczną siłą.

Rudi

‒ Zamknij się kurwo! – wrzasnął Jonatan do telewizora, gdy w trakcie przerwy reklamowej pojawiła się uśmiechnięta lekarka zachwalająca maść na grzybicę pochwy.
‒ A co ty tak? – powiedziałem zaskoczony.
‒ Tak sobie dworuję. Nienawidzę reklam! Wyłączamy telewizor, co? Wrzucę BBC Radio 1?
‒ Ok, niech będzie – wróciłem do zajadania się dużym, twardym jabłkiem, takie lubię najbardziej!
Od rana ruszyliśmy do ostrego ataku na malowanie sypialni. Dawno nie pracowałem tak intensywnie. Nie było obijania się, do którego przyzwyczaiłem się na recepcji w hotelu. Raz, dwa bez ustanku. Jonatan zasuwał jak po kokainie. Zresztą nie byłem pewny czy czasem sobie jakiejś ścieżki nie wciągnął.
‒ Kleimy taśmy!
‒ Pozasłaniaj to porządnie!
‒ Ty odcinasz małym pędzlem, a ja maluję wałkiem!

Jonatan

Chciałbym budzić się rano z taką energią i entuzjazmem jak mój penis.
Podczas robienia śniadania i kawy przytomnie zauważam, że jestem półprzytomny; szukam od 5 min jogurtu, a położyłem go wcześniej na stole, żeby nie zapomnieć. Do tego przywaliłem głową w drzwi od górnej szafki, które oczywiście sam otworzyłem i nie zamknąłem. Na domiar złego w głowie zaczęła mi grać melodia z kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego: „Ole, Olek wygraj, na prezydenta tylko ty”.
Nie mogę się tego pozbyć!!
Rudi wpieprza jabłko z głośnym ciamcianiem.
Rośnie we mnie gniew.
Mizofonia!
Kurwa! I jeszcze te plastikowo uśmiechnięte głupie cipy z telewizji śniadaniowej.
Trzeba jak najszybciej do pracy! Zarzucam trzy sudafedy z pseudoefedryną na moc. Czy ja żyję pełnią życia czy to raczej droga do zatracenia?
Rudi dziamdzia z otwartą buzią. Ciam! Chrup Chrup! Ciam! Ciam!
Ole Ole Olek!! Kurwa!!
AAAA! Muszę wyjść.
‒ Sorry Rudi, ja już tam przygotuję ściany. Ty zjedz spokojnie – powiedziałem najłagodniejszym tonem, na jaki mnie było w tych okolicznościach stać.
Ufff praca! Raz Dwa. Idzie dobrze.
Ale zaraz załącza się program radiowy z tymi młodzieżowymi cool prezenterami, co są zawsze roześmiani i prowadzą z słuchaczami rozmowy o tym, kto jakiego celebrytę widział i czy jadł on pączki.
‒ UUUuu!! WooAAAw!!! ‒ zachwycali się kreacjami gwiazd filmowych ‒ she is AAAmAAzing!! FAAAbolOOUUSS!! AAAM SOOO JEElouSS!!
‒ Kurwa ale pierdololo! No, ale przynajmniej nie ma reklam. Może jednak lepiej zmienić!? Może zapuść coś swojego jak chcesz – gadam podirytowany.
‒ Dobra! Mam tu taką rockową składankę! – powiedział pełen entuzjazmu Rudi, wyciągając telefon.
‒ Jaką?
‒ No Sting, Bon Jovi, Bryan Adams..
‒ Chłopie.. No nie.. Wiedziałem.. – nie kryję rozczarowania ‒ to za taką „diabelską” muzykę Cię wykluczyli? – powiedziałem z niesmakiem kiwając głową.
‒ Nieno – mówi niewyraźnie ‒ mam też mocniejsze rzeczy Deep Purple, Metallicę – wymienia te zespoły takim głosem jakby to był szczyt wyrafinowania.
‒ No to już trochę lepiej. Ale Bryana Adamsa tę kanadyjską ciotę to bym utłukł trzonkiem siekiery.
‒ Dlaczego trzonkiem? – zainteresował się mocno zgaszony Rudi.
‒ Żeby dłużej się męczył!
‒ E tam czepiasz się – odpowiedział Rudi.
‒ Bryan Adams to jest nieobalalny dowód na to, że Kanadyjczycy to królowie patosu i przaśności. Justin Bieber, Celine Dion to następne.
‒ Masz dziwne uprzedzenia. No ale Stinga to chyba lubisz? – powiedział z niepokojem w głosie, a ja spojrzałem w te jego smutne oczy i wolałbym, żeby nie zapytał. Oddał mi spojrzenie. I widziałem, że jest rozczarowany.
‒ Dobra! To sam sobie puszczaj, wielki budowlany intelektualisto! ‒ rzucił gniewnie i wyszedł.

 

download_13

 

Rudi

 

Co za przemądrzały fiut! Zrobiło mi się autentycznie przykro. Uspokoiłem się jednak dość szybko, nawet nie dałem po sobie poznać zdenerwowania. Oddałem się całkowicie malowaniu ściany i rozmyślałem o życiu.

Myślałem o zborze, o Jehowie, o żonie i dawnych latach. Kurcze, pamiętam swoje pierwsze przemówienie na Sali Królestwa. Pociłem się intensywnie, wyszedłem na scenę czerwony jak burak, ledwo wydobywałem z siebie słowa. Do tej pory przemówienia wzbudzają we mnie nerwowość.

Za tym nie tęsknię. W zasadzie odkąd przestałem chodzić na zebrania i do służby, życie stało się po prostu spokojniejsze. Gdyby nie moja depresja, to los światusa byłby całkiem przyjemny. Z niechęcią w myślach przyznawałem rację Jonatanowi. Zebrania były przeraźliwie nudne i uciążliwe. Ale tęskniłem za ludźmi. Za rodzicami. Nie odzywają się do mnie tyle czasu. Za żoną też tęskniłem. Równocześnie jej nienawidząc.

 Najbardziej mnie frustrowała utrata nadziei. Na lepsze życie. Na życie wieczne. Taka pustka teraz bez tego. I poczucie zwykłego frajerstwa z mojej strony. Kurwa! Miałem szansę żyć wiecznie i to zmarnowałem.

‒ Dobra, krótka przerwa! Słuchaj pracujemy ostro, bo w każdej chwili może pojawić się szef, właściciel mieszkania. A to jest taki zawsze niezadowolony gej. Sferyczny skurwiel! – do sypialni wpadł Jonatan.

‒ Jaki?

‒ Sferyczny. Bo z jakiegokolwiek kąta na niego patrzeć – to jest skurwielem.

‒ Aha

Sferyczny skurwiel się nie pojawił, a my bardzo uczciwie przepracowaliśmy dzień. Ledwo wytrzymałem. Ufff prysznic i wreszcie można odpocząć.

Wychodzę z łazienki a tu Jonatan ciągle w ciuchach roboczych, ale już z jointem w buzi i z otwartym piwem w łapie. Może i lepiej. Trochę się rozluźni. Ciężko z nim wyrobić na trzeźwo.

‒ Rauchen Sie? – zapytał mnie po niemiecku, podając odpalonego blunta,

‒ Nein. Danke! To już trochę za dużo dla mnie – powiedziałem, mimo iż byłem świadom, że za pół godziny i tak się skuszę.

‒ Zum fill. Verstehen. Też muszę kiedyś przyhamować.

Po wypaleniu stawał się innym człowiekiem.  Z mrukliwego złośliwego frustrata zamieniał się w wesołego, refleksyjnego człeka. Dopiero po joincie udawało mi się go namówić na rozmowy o życiu i religii. I tak siedzieliśmy w wygodnych fotelach,  gadając o niczym. W lodówkach zapas piwka, a w szafkach multum niezdrowych przekąsek. I było dobrze.

‒ Życie to jest nieustanna pogoń za doświadczeniami. Ach to bym sobie zjadł. Ten film muszę obejrzeć. Do Jamajki bym pojechał. Marzę o seksie z czarnulką.  I tak bez końca. Aż wpadasz w stan odrętwienia, bo więcej nie dostajesz. A nie dostajesz, bo się rozleniwiłeś. A rozleniwiłeś się, bo przez rozczarowania, nie potrafisz się zmusić by czegoś bardzo chcieć. Wiesz jaki to stan? – gadał z zamyślona miną Jontan.

Co? On do mnie, jaki to stan? Przecież to ja jestem w depresji?!

‒ Ale to jakieś wymyślone problemy. Ja mam prawdziwe – powiedziałem ze złością, akcentując na „ja”.

‒ Ale posłuchaj. To taki stan, którego doświadcza się czasem w sklepie. Nie masz tak? Ciężko zastanawiasz się, czego Ci jeszcze brakuje. Ale wszystkie podstawowe rzeczy masz. Ale i tak wymyślasz. A może te ciasteczka? A może orzeszki cashew?  A może słuchawki bluetooth. Chcesz zdefiniować brak, żeby go zaspokoić kupnem czegoś. A fakt jest taki, że ów brak, który odczuwasz jest w istocie inny. To pustka, której łatwo nie zapełnisz. Ale udajesz, że kupno przedmiotu trochę ją przesłania, bo nie chcesz się z tą pustką mierzyć. Bo się jej boisz, bo może będziesz musiał ujrzeć siebie w świetle rzeczywistym, bez ściemy. I zobaczysz przez chwilę, czego naprawdę chcesz. Ale lepiej nie. Strach tego dotykać. Jeszcze trzeba będzie coś zrobić. Za dużo problemów. Lepiej zostać tu gdzie jestem. 

‒ Człowieku! A co Ty wiesz o depresji? Nic nie wiesz. Wiesz, jaki ja stan miałem? Że nawet iść do kibla mi się nie chciało, mimo że miałem potrzebę. A kiedy wreszcie się tam udałem to poczytywałem to sobie za sukces. Gdy już usiadłem na tronie, to siedziałem godzinami, bo nie chciało mi się ruszyć dalej. Godzinami nad własnym gównem, z brudnym tyłkiem, odrętwiały, wpatrzony w otwarte drzwi od toalety – powiedziałem smutno, z dramatycznym tonem, aby uświadomić mu, kto jest tutaj poszkodowany.

‒ Dlaczego?

‒ Co dlaczego?

‒ Dlaczego siedziałeś bezczynnie?

‒ Bo nie wiedziałem, co miałbym ze sobą zrobić jak wstanę. Więc siedziałem.

Jonatan zamyślił się. Gapi się na mnie. Zrobiło to chyba na nim wrażenie. Dysputę o tym, kto ma gorzej wygrałem hands down.

 

 Jonatan

 

 Czasem, gdy mnie dziwne myśli opanują w towarzystwie, to zastanawiam się tak zupełnie teoretycznie, co by było, gdybym rozmówcę znienacka pocałował w usta. I nieważne czy to dziewczyna czy chłopak, po prostu myślę, co by się stało. I tak wpatrywałem się w usta Rudiego. W tę jego głupią, smutną mordę. Może by się rozweselił gdyby?

Nie. Nie! Co ja robię!

Postanowiłem oderwać się od tego i podjąć temat:

‒ Ej Rudolf posłuchaj, sprawa faktycznie jest poważna, zrobiłem risercz, sprawdziłem statystki i twoja pozycja nie wygląda dobrze. Praktycznie już powinieneś być martwy – uśmiechnąłem się.

‒ Co?

‒ Przede wszystkim jesteś mężczyzną, a więc 6 razy większe szanse na samobójstwo niż kobieta. Kolejne, jako emigrant popełniają je 8 czy tam 7 razy częściej niż średnia, człowiek będący w sekcie następne 8 x dostajesz, porzucony przez kobietę 11 x, i do tego zaraz zwolnią Cię z pracy w zależności, ale to tak 16 x. I jeszcze masz problemy z potencją haha

‒ I w ten sposób chcesz mi pomóc? – żachnął się obruszony Rudi.

‒ Ej poczekaj może to wyliczymy? – złapałem za laptopa ‒ średnia dla Polski wynosi 32,7 samobójstwa na 100 000, dla mężczyzn. Doliczymy wskaźniki, emigracja, sekta, bezrobocie bla bla – wychodzi gdzieś 1144 do 100 000. Ej! Czyli to jest 1,144 do 100 To nie tak źle! Co?

‒ No w sumie – powiedział, zaskoczony.

‒ Chociaż, chyba wszystkiego nie doliczyłem.. No i to jest rocznie. Trzeba by to przeliczyć, na wiek, bo wskaźnik się zmienia.

‒ Dobra! Daj spokój. Nie chcę tego słuchać.

‒ No ale właśnie dlatego, to ja sądzę, że na tzw. przekór dasz radę – przypomniałem sobie, że powinienem być miły dla Rudiego, bo cały dzień byłem nieprzyjemny.

‒ Ale ciągle nie wiem po co?

‒ Kurwapoco? Bo lepiej jest żyć niż nie żyć. Nie rozumiesz, że i tak umrzesz? Nikt Ci tej pieprzonej śmierci nie zabierze. Więc skoro i tak umrzesz, to na razie żyj póki możesz.

‒ Jedzmy i pijmy bo jutro pomrzemy.. – powiedział z takim charakterystycznym dla Jehowych tonem życzliwej mądrości podszytej pogardą.

‒ Tak! To jest bardzo mądry tekst Epikura – żachnąłem się i dla podkreślenia słów agresywnie wziąłem łyka meksykańskiego piwa „Sol” ‒ pół życia słuchałem jak się z tego wyśmiewają na zebraniach. Ale to jest kwintesencja ludzkiego losu i już.

‒ Ale po co? Po co żyć. Spójrz logicznie na moje możliwości: jeżeli świadkowie to prawdziwa religia, to po śmierci obudzę się w raju, prawda czy nie?

‒ Prawda.

‒ Jeżeli świadkowie nie mają racji, to ja nie chcę żyć w tym bezsensownym świecie. Prawda czy nie?

‒ Nie wiem. Ty sam to wiesz. Ale posłuchaj, ja uważam..

‒ Później Jonatan, później. Teraz mnie posłuchaj. Ja to przemyślałem, dla mnie nie ma sensu. Jestem za słaby. Nie chce mi się. Nie dam rady. Nie mam tej woli mocy z pisemek Nietzschego.

‒ Ale jest też możliwość, że Twój stan psychiczny jest przejściowy, to jest chemia w twoim mózgu, daj sobie trochę czasu. Spróbuj ‒ mówiłem do niego, tak jak wydawało mi się przemawiał by psycholog.

‒ Ja już sobie dałem dużo czasu, to po prostu nie dla mnie. Po co mam żyć, skoro nic nie sprawia mi przyjemności i nic mi nie wychodzi.

‒ Tysiące są powodów by żyć: Z ciekawości chociażby, co będzie dalej. Z przekory wobec świata. Z najprostszej przyczyny; bo lepiej jest istnieć niż nie istnieć, doznawać niż nie doznawać.

‒ Ale moje istnienie to jest cierpienie i doznaję jedynie mdłości.

‒ Stary! Wiem, o co chodzi. Spadło na Ciebie naprawdę dużo. Zostawiła Cię żona, nie masz kontaktu z córką, pewnie straciłeś już pracę. Do tego wykluczono Cię z jedynego znanego Ci społeczeństwa, w którym czułeś się w miarę komfortowo. Zabrali ci rodzinę i przyjaciół. Pozbawiono Cię wsparcia w momencie, w którym najbardziej tego potrzebujesz.

‒ To nie wina Organizacji - stwierdził sztucznym głosem Rudi, jakby wymawiał setki razy powtarzaną formułę grzecznościową.

‒ Ale, ta twoja Organizacja, pomaga Ci jakoś teraz? Chyba nie za bardzo, co? Wręcz sprawiają, że w tak trudnej chwili nie odezwie się do Ciebie nawet Mama z Tatą. Jaka to jest perfidia ten system, to ja nawet nie potrafię tego ogarnąć. Najpierw jak już u nich jesteś ‒ to próbują Ci odcinać wszelkie kontakty ze światem. Nie miej przyjaciół w świecie. Nie miej dziewczyny ze świata. Lepiej nie idź na studnia. Nie zabiegaj o karierę. U nas jest Boży lud i wszystko najlepiej. A gdy powinie ci się noga - to cię wycinają tak jak gangrenę. Najprostsza metoda. Wyrzucić i to już nie nasz problem. Ten człowiek nie jest już Świadkiem Jehowy. Nie kala naszej Organizacji. Nie odzywamy się do niego. To jest skurwysyństwo. To nie Twoja wina. Naprawdę! Zrozum to. I żyj dalej.

‒ Ale ja jestem bezsensownym ćwokiem. Nie rozumiesz tego?

‒ Nie jesteś! To dla córki chociaż żyj! Co ona pomyśli o życiu, gdy usłyszy, że jej tato się zabił? – użyłem najmocniejszego argumentu, jaki mi przyszedł do głowy.

‒ To nie jest moja córka – powiedział ze zwieszoną nisko głową.

‒ Nie jest?

‒ Nie. Kasia to córka Agnieszki, z pierwszego małżeństwa.

‒ A Ty byłeś drugim mężem?

‒ Tak.

 ‒ No to wszystko już rozumiem.

‒ Co rozumiesz kurwa? Nic nie rozumiesz – Rudi dostał jakiegoś ataku wściekłości.

‒ Dobra, może nic nie rozumiem. Ale to nieważne teraz. Posłuchaj mnie, umówiłem Cię na jutro, na spotkanie z człowiekiem, który może Ci pomóc. Pójdziemy razem ok?

‒ A co to kurwa za człowiek? GP z Pakistanu? Powie mi, że to przejściowe i że zawsze paracetamol?

‒ Przestań. Daj temu szansę, może pomoże.

‒ Nie rozumiesz, że ja już to zrobiłem. Byłem na takich spotkaniach, dzwoniłem na pierwszych pięć linii, które wyskakują na google po wpisaniu „suicide helpline uk”.

‒ No i co?

‒ W sumie nic.

‒ Powiedziałeś wszystko?

‒ Tak.

‒ Powiedziałeś, że jesteś wykluczony od Świadków Jehowy?

‒ Nie, tego akurat nie mówiłem.

‒ Dlaczego?

‒ Moim zdaniem to nie ma znaczenia.

‒ A moim ma.

‒ No dobra! Może ma. Ale po co ja mam o tym mówić lekarzowi. On z tego i tak nic nie zrozumie. A będę tylko niepotrzebnie oczerniał własną religią.

‒ Tak stary. Najważniejsze to nie oczerniać. Umrzyj ku chwale Świadków Jehowy ‒ powiedziałem z wyraźnym sarkazmem.

‒ Tak. I może nawet tak będzie. To najlepsze rozwiązanie.

‒ Doprawdy?

‒ Bo to będzie tak pięknie wyglądało. Rodzice zapłaczą nad moim losem, doznają chwili refleksji. Moja była żona dostanie ukłucie. Może ją nawet ruszy sumienie. Przybrana córka pewnie nigdy się nie dowie, ale zacznie piękne życie w lepszym świecie, bez obciążenia. Bracia i przyjaciele ze zboru podejdą ze zrozumieniem; biedny, załamał się, to było dla niego za dużo. Dobry człowiek to był. Bóg go osądzi. Mam nadzieję, że obudzi się w Królestwie.

‒ Może jeszcze lepiej umrzyj jako dżihadysta. Tam jeszcze lepiej Cię zrozumieją. I obudzisz się wśród wielu dziewic.

‒ O nie. To nie moja rzeczywistość. Ja chcę być doceniony, zrozumiany i zaakceptowany przez społeczeństwo, w którym się wychowałem.

‒ Po co?

‒ A czy jest właściwie jakiś inny cel istnienia?

 

streetart64

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
sj23
Czas publikacji:
wtorek, 16 stycznia 2018 01:10

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Malkira napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2018/01/17 12:06:50:

    O kurwa, człowieku, powinieneś swoje teksty gdzieś wydawać. Nie wiem czy już to wspominałam, ale masz świetny styl. Kupiłeś mnie też Nietzschem i Machiavellim.
    Pozwól, że zapytam (może trochę głupio, ale nurtuje mnie to odkąd zacząłeś ponownie publikować), to wszystko, co teraz opisujesz - to są Twoje autentyczne przeżycia? Czy podkoloryzowane na rzecz, no nie wiem, lepszego wydźwięku?

  • Gość sj23 napisał(a) z *.toya.net.pl komentarz datowany na 2018/01/18 09:36:12:

    Dzięk za super fajnego komenta! Bardzo mi miło.
    Z wydawaniem to chętnie, tylko nie wiem czy to możliwe, bo to jednak dość niszowy temat.

    Ciekawi mnie jeszcze bardzo: co konkretnie z Machiavellego dostrzegłaś? Bo tak świadomie to się Machiavellim nie inspirowałem.

    Na Twoje pytanie wolałbym nie odpowiadać. Niech to zostanie moją tajemnicą.

  • Gość Malkira napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2018/01/18 22:13:42:

    No co Ty. Skoro wydali "120 dni Sodomy", a przecież ktoś to musiał jeszcze przetłumaczyć, i co więcej, film nakręcili (!) to czemu nie. Skoro z jedzenia gówna da się zrobić dzieło literatury klasycznej, to ze Świadków Jehowy też można stworzyć np. fajny zbiór opowiadań, albo powieść w oparciu o fakty. Wziąć to tylko jakoś ładnie ogarnąć i sruu do wydawnictwa.

    Bo powiem Ci tak szczerze, czytam Cię od kilku lat - heh, szybko zleciało, będzie ze trzy. Trafiłam "przypadkiem" (nie wierzę w przypadki, ale tak się mówi) szukając czegoś do prowadzenia tęgich dyskusji z ŚJ, albowiem swego czasu lubiłam ten sport. Ale w gruncie rzeczy czyta się Ciebie nie dla Świadków, tylko dla stylu, dla dynamiki. A Świadkowie to takie tło dla historii.

    Oczywiście jak sam doskonale wiesz, papier (i Internet) przyjmie wszystko. Na dobrą sprawę nie wiem, czy to co piszesz jest prawdą. Na pewno nie stuprocentową. Ale to nie ma znaczenia, dopóki piszesz w sposób autentyczny i wciągający. Czasami wyłapuję w Twoich tekstach skrawki swoich myśli i to też jest fajna sprawa. Lubię takich ludzi, jak Ty, albo może żeby wyrazić się precyzyjniej, lubię wrażenie, jakie sprawiasz. A wydajesz się być spoko ziomeczkiem, z niewątpliwie dużą wiedzą, w dodatku umiejącym się nią podzielić w szczerej formie.

    Co do Machiavellego - wybacz, skrót myślowy. Gdzieś tam między słowami wyłapałam w którymś Twoim tekście i pomyślałam sobie, że dawno nie spotkałam człowieka, który chociaż wiedziałby kim był Machiavelli.

    No, więc obyło się bez wazeliny. Przeważnie nie piszę takich słit komciów, ale teraz odczułam potrzebę.

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/19 02:24:55:

    "120 dni Sodomy" Sade napisał w uwięziony w Bastylii, manuskrypt zaginął podczas rewolucji francuskiej i szturmu ludu na Bastylię. Sade zmarł w 1814 nigdy się nie dowiedział, że manuskrypt przetrwał. "Sodomę" po wielu perturbacjach wydano dopiero w 1900 roku po ponad 100 latach od napisania. Także nie było łatwo to wydać. No ale faktycznie się udało, tak jak piszesz. Więc zawsze jest szansa :) Przy okazji to nie dałem rady tego przeczytać i nikomu nie polecam.
    A nad swoim wydawaniem to zobaczymy. Musiałbym się wgryźć w temat jak to zrobić. I tematykę też chętnie zmienię w sumie.

    Napisałaś mi tyle fajnych rzeczy. Dziękuję bardzo. To super motywuje do dalszego pisania. Też sprawiasz wrażenie spoko osoby.

    Ciekaw jestem jak skończyły się Twoje "tęgie dyskusje" ze Świadkami?



  • Gość Malkira napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2018/01/19 18:24:02:

    Wiesz, Sade ogólnie był bardzo ciekawą personą i szczerze przyznam, że lubię jego twórczość. "120 dni Sodomy" to ofc takie kultowe dzieło; fakt, że wydane po latach (summa summarum Sade lwią część życia spędził w pierdlu), ale jednak uznawane za klasyczne. Mimo to, jakkolwiek dzielnie przezeń przebrnęłam, uważam, że nie najlepsze. Taka "Filozofia w buduarze", pod kątem obyczajności, natury ludzkiej, religii i społeczeństwa, jest moim zdaniem ciekawsza i bardziej refleksyjna.
    Nie bez powodu o nim wspomniałam. Generalnie lubię ludzi, niechby nawet byli popierdoleni jak tornister na kółkach, którzy przynajmniej starają się żyć w zgodzie ze sobą i mają jaja otwarcie o tym mówić, czy pisać. Cenię ludzi takich jak Cyceron, Machiavelli, Baudelaire, czy choćby Nietzsche za autentyzm. I szczerze, ze świecą idzie szukać współcześnie takich, którzy są w stanie wykrzesać z siebie tę cechę. Świat lubi iluzje i lubi być oszukiwany.
    A ja lubię tych, którzy się z tego wyłamują. I myślę, że Ty właśnie takim człowiekiem jesteś.

    Hmm, moje dyskusje z ŚJ pociągnęły za sobą cały szereg zdarzeń. Ogólnie to próbowali prowadzić ze mną studium, ale wiesz, "nie jestem odpowiednio usposobiona duchowo, by przyjąć prawdę". Pomijając to całe pierdolamento, wydawali się być w porządku ludźmi, z tymże czuło się taką jakby... no nie wiem, dozę pogardy z ich strony? Trochę przypominało to grę w szachy, której i tak nie wygrasz, bo przecież Bóg może wszystko i nawet jeśli na końcu wkurwi się i przewróci szachownicę, to i tak wygrana jest jego. Takie miałam wrażenie. Inna sprawa, że jeden typ od Świadków, notabene były alkoholik, którego z nałogu wyleczył Jehowa Bóg, po kilku miesiącach wyznał mi miłość. Zdębiałam. Bez kitu, nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Ten zaczął mi świrować coś o narzeczeństwie, ślubie, a ja po prostu siedziałam obok z papierosem w japie i powtarzałam, że "przecież Jehowa zabrania wam wprzęgać się w nierówne jarzmo z niewiernymi". Koleś prawie mógłby być moim ojcem. Po serii pretensji, smsów, telefonów i wielokrotnych odmów wprzęgania się w ów jarzmo, kontakt się zerwał. Do tego czasu serio starałam się być miła i wyrozumiała, co by dał radę poskładać serduszko. Wiedziałam, że chłop nie ma lekko i chciałam to zrobić spokojnie, no ale nie dało się. Później dowiedziałam się, że wyjebali go ze zboru za powrót do nałogu. Ktoś go przydybał napierdolonego w sztok raz, drugi, trzeci i koniec końców dostał przysłowiowego kopa w dupę. Najpierw ode mnie, potem od Organizacji i rodziny. Czaisz? Każdy się od niego odwrócił. Naprawdę mu współczułam, rozumiem działanie mechanizmu wykluczenia. Ale nie mogłam nic zrobić, bo ciągnięcie tej znajomości już zaczynało odbijać się na mnie. To było cholernie toksyczne. Od tamtej pory Świadkowie Jehowy mnie nie odwiedzają; spotkałam się z opiniami, że to przeze mnie chłop się stoczył i rozpił, że to ja zaczęłam mu mącić w głowie, że popierdoliło go generalnie przez tę relację i przez to, że mnie odwiedzał nie tylko "w służbie", ale też tak po koleżeńsku. Mam też podejrzenie graniczące z pewnością, że chodziły ploty o naszym rzekomym romansie. Teraz pewnie uważają mnie za niebezpiecznego światusa i sługę szatana i kurwa smażę kotlety na ogniu piekielnym, i już ze mną nie rozmawiają :c

    Taka historia.

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/20 02:23:59:

    Miło mi popisać z kimś, kto wie o czym mówi. Również lubię Sada, ale bardziej te jego filozoficzne kawałki; "Rozmowa księdza z umierającym" jest świetna. Wspomniana przez Ciebie "Filozofia w buduarze" również. Natomiast "120 dni sodomy" to już dla mnie hardkor i mimo, że zdaję sobie sprawę, co on chciał przez to powiedzieć. Że absolutna władza deprawuje absolutnie i takie tam, to nie dałem rady przez to przejść. Za dużo zła i bestialstwa w tym dla mnie. Nie miałem przyjemności z czytania.
    Twoja refleksja odnośnie szczerości i życia w zgodzie sobą podoba mi się, i to faktycznie coś, co mi przyświeca. Do listy autorów dopisałbym jeszcze Emila Ciorana, mimo że trochę smutas :)

    Ciekawa historia. Ten chłop to trochę jak Rudi z mojego opowiadania. Pewne schematy się powtarzają. Jestem pewien, że zjawisko "wykluczenia" bardzo rzadko ma tak "kojący" wpływ jak wyobrażają sobie Świadkowie Jehowy. Zamiast facetowi pomóc w walce z nałogiem, to go wyjebują, pozbawiają wsparcia, wrzucają w poczucie winy czyli innymi słowy świadomie dają mu jeszcze więcej powodów do picia. Przykra sprawa. A najłatwiej zrzucić winę na światuskę, zadał się z taką i ma teraz skutki nie słuchania Strażnicy. Typowe.

  • Gość Malkira napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2018/01/20 12:32:45:

    O tak, "Rozmowa księdza z umierającym" też jest świetna! Generalnie wydaje mi się, że Sade miał na celu coś innego, niż epatowanie zwyrodnieniem. Chociaż, podobno "120 dni Sodomy" podobno ma charakter autobiograficzny; nie wiem, na ile jest to prawdą. Rzeczywiście, to był hardkor. Ale wiesz, w ludzkim zepsuciu jest coś takiego, że mimo, iż chce mi się czasem rzygać, to i tak jestem ciekawa jak daleko ono sięga. Ile granic można przekroczyć. Ludzie mają naprawdę popierdoloną naturę. Różnią się tylko tym, jak bardzo się jej wstydzą i jak bardzo próbują ją zakryć przed światem. Pamiętam, że podczas jednej rozmowy z ŚJ powiedziałam, że piekło każdy nosi w sobie. Spojrzeli na mnie jak na debilkę.
    Ciorana też lubię. Rzeczywiście czasem trochę za bardzo smuci, ale w sumie smuci w mądry sposób. Z grona takich smętków uwielbiam też Hłasko. Miał świetny styl pisania.

    Wiesz, on nie do końca był jak Rudi. Znaczy trochę tak. Tyle, że on nawet nie próbował się wyłamać. To był facet bez żadnego hobby, pasji, zainteresowań. Nie lubił czytać, nie lubił grać w gry, nie uprawiał żadnego sportu, nie podróżował. Nie uczył się, nie skończył studiów, edukacja bodajże skończona na poziomie gimnazjum. Jego życie generalnie opierało się na pracy na budowie i jehowych. Prosto z budowy wskakiwał w garnitur, do służby, na zebrania. Szczytem szaleństwa było dla niego zakupienie laptopa - trochę pod moją namową, bo uważam, że współcześnie Internet to trochę takie okno na świat i uznałam, że to taki fajny starterpack do ogarnięcia się.
    Dupa. On nie ogarniał w komputery. Ja się naprawdę nie dziwię, że koniec końców mu odjebało; miało odjebać. Z tymże widzisz, w życiu sami wybieramy pewne wartości i cele. A jeżeli uzależniasz je od innych - od środowiska, od rodziców, od sekty, od fajnej dupy - to prędzej czy później musi się coś jebnąć. Inni ludzie są po to, by się uzupełniać, dzielić się, wzbogacać wzajemnie, a nie po to, by wokół nich skupiać całe swoje życie. No i on właśnie tego nie ogarniał. A czasami naprawdę nie trzeba chuj wie czego, żeby wyrwać się z marazmu.

  • Gość Malkira napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2018/01/20 13:39:53:

    Ah, z tego wszystkiego zapomniałam też wspomnieć o jednym. ŚJ uważali, że zepsułam tego ziomka rozrywką i muzyką, wyobraź sobie. Gdy kupił już sobie laptopa, a ja mu tam wszystko skonfigurowałam, poprosił mnie o zgranie kilku filmów, jakiejś muzyki, coś tam. Zgrałam mu dyskografie Sabatona, Disturbed, Eluveitie, jakiś tam Tiamat, trochę instrumentali typu Wardruna, no wydaje mi się, że nie przegięłam pały w każdym razie z muzą jak na pierwszy raz. Spodobał mu się Sabaton, resztę wyjebał.
    No i wyszło, że odkąd zaczął słuchać Sabatonu, to się chłopina spaczył. Takie życie.

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/23 20:19:31:

    Z mojego punktu widzenia, to próbowałaś tego człowieka naprawić a nie zepsuć. Ktoś bez zainteresowań, poddańczo oddany jednej prawdzie to raczej ktoś prowadzący bardzo nudne i banalne życie. Dla mnie to na pewno nie jest prawidłowa droga do szczęścia. Szkoda, ze się mu nie udało. Ale niestety, ludzi którzy nie mają podstw wiedzy o nauce, świecie, i umiejętności patrzenia na sprawy z różnych punktów widzenia bardzo trudno skutecznie wybudzić. A im jest bardzo trudno poradzić sobie w świecie, gdzie muszą narodzić się od nowa.

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/23 20:23:16:

    Ale muzę to mu ostrą zapodałaś. Disturbed czy Tiamat to na pewno nie są zespoły rekomendowane przez jw.org :)
    Wstyd sie przyznać, ale Hłaski nie czytałem, muszę kiedyś nadrobić.

Dodaj komentarz

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Kategorie

Kanał informacyjny



gangrena@10g.pl

Opcje Bloxa