Wpis

niedziela, 11 lutego 2018

Lustra nie ma. Część 8.

Trzymam nieotwarte piwo w łapie i zastanawiam się, co robić.

........................................................................................................................................................................................................................

 

Rudi

Szedłem zamaszyście na drugi koniec miasta. Po 40 minutach marszu, docieram w znane mi rejony. Już widać mój "block of flats". Ależ cieszyliśmy się z Agnieszką, gdy dostaliśmy klucze do naszego mieszkania. Z jakim zapałem robiłem remont. Głupi ja. Wchodzę po schodach i już wiem, że znane mi wnętrze wprowadzi chorobliwy nastrój.

Burdel na maksa. Puszki po piwie i opakowania po chrupkach. Trzymam nieotwarte piwo w łapie i zastanawiam się, co robić. Wiem, że jak je otworzę, to noc i dzień spędzę raczej bezproduktywnie. Czyli pijąc przed laptopem, telewizorem czy innym ekranem zapewniającym mi nędzną imitację życia. To samo, co uskuteczniałem przez wiele tygodni zanim spotkałem Jonatana.

Zerkam na nasze łoże małżeńskie. Na sofę, którą wybieraliśmy chyba kurwa pół roku. Ale gdy wreszcie się pojawiła, to Agnieszka zrobiła mi na niej loda. Takiego ostrego, z pasją, tak jak zawsze chciałem. To było w zasadzie tylko jeden raz, gdy się na to zdobyła całą sobą.

Odkładam puszkę Stelli na bok. Mam siłę to powstrzymać. Wykorzystam wkurwienie pozytywnie. Posprzątam mieszkanie. A później będę zadowolony. Z siebie. To ważne uczucie. A rano wracam do Jonatana. Jestem gotów błagać na kolanach, żeby przyjął mnie z powrotem. 

Postanowiłem żyć. I to postanowiłem żyć dobrze.

 

Jonatan

Obudziłem się sam w pustym i cichym mieszkaniu. Dziwnie tak. Potykam się o narzędzia. Przyzwyczaiłem się już do naszych wspólnych śniadań z Rudim. Dzień zaczął się marnie. Robota nie idzie. Jestem sam, to nie mam motywacji, nie ma przed kim pokazywać, że daję radę. Więc siadam i marnotrawię czas. I znajduję mnóstwo wymówek aby nie pracować.

Nagle coś mi się przypomniało. Porywiście ruszyłem sprawdzić skrzynkę pocztową na parterze. Otwieram nerwowo. I Jest! Jest coś. Niepozorna kopertka. Rozrywam ją już w windzie. No i pięknie!. Dzięki ci panie Nakamoto za bitcoina. Narkotykowy ebay delivered. Należy się im pozytywny komentarz. Uratowali mi życie. 10g Purple Haze i zacnej wielkości kryształek MDMA. Faking awesome!!

Tylko pamiętaj! Dopiero wieczorem! Nie teraz, nie wolno ci!

Taaa.. jasne..

Wysiadam z windy i biegnę w kierunku drzwi. Nie wiem dlaczego, ale biegnę.

Ale co to!

Ktoś stoi przed drzwiami.

 

Rudi

Wysprzątałem mieszkanie na błysk. Alkoholu nawet nie tknąłem. Mam siłę do działania. Na słuchawki wrzuciłem „The science of self confidence” Briana Tracy’ego. Lubię uczucie zadowolenia z siebie. Wtedy chce mi się robić jeszcze więcej. Po drodze zaszedłem do "Estate Agents". Dziewczyna obsługująca mnie w biurze, hmm dałbym głowę, że ze mną flirtuje, chyba już ją gdzieś widziałem. Miała naprawdę wielkie cycki. Świat znowu się do mnie uśmiechał. Postanowiłem wynająć mój wspólny małżeński flat. Nie jestem w stanie tu żyć. Wypierdziulam z Cardiff. Gdziekolwiek.

Miałem taka energię, że wszedłem do apartamentu Jontana po schodach. Pukam do drzwi. A tam cisza. Różne emocje przechodzą przez moje ciało, najbardziej boję się, że się obraził i nie chce mi otworzyć.

Albo nie chce mi wypłacić za przepracowane  dni..

Nagle zmroziło mnie ze strachu. Słyszę jak ktoś biegnie w moim kierunku. Odwracam się spłoszony.

 A to Jonatan…

‒ No proszę! ‒ krzyczy  ‒ jesteś! Patrzę w jego oczy i nie widzę urazy. Widzę uśmiech. Jest dobrze.

‒ A proszę, proszę ‒ wyciągam w jego kierunku flaszkę Glenfiddich.

‒ No jak pięknie! Też coś mam dobrego ‒ wymachuje mi przed nosem torebką z jakimś kamykiem.

‒ No to co? Do roboty nie? ‒ patrzę się na niego i zapada minuta ciszy. Jonatan się ciężko zastanawiał.

‒ Eee może weźmiemy wolne? ‒ uśmiechnął się całą gębą ‒ sferyczny skurwiel poleciał wczoraj do Vegas. Więc nas nie najdzie.

‒ No to chyba, że tak ‒ odpowiedziałem promiennym uśmiechem.

Fajnie to wyszło. Nic nie musieliśmy sobie mówić. Nie ma potrzeby przepraszać i tłumaczyć. Wiemy o co chodzi. Idealna męska kłótnia.

 

Jonatan

‒ Brałeś kiedyś mdma?

‒ Nie

‒ To może weźmiemy?

 

Rudi

Opanował mnie błogostan. Siedzimy w fotelach wbici jak astronauci podczas startu rakiety. Tyle tematów, a my znowu zaangażowaliśmy się w dyskusję religijną. Tylko tym razem było o wiele przyjaźniej. Jonatan dostał maniakalnego wyrazu twarzu. Mówił wolno i z przejęciem, jak nawiedzony prorok. Słuchała go tylko część mojego mózgu, a druga zajęta była kontemplowaniem wzoru na ścianie.

‒ Rudi, ja to rozumiem. Sam miotałem się długo w takiej mentalnej klatce. Ale zrobiłem ten krok w stronę przepaści i okazało się, że jej nie ma. Że ta przepaść, to jest życie. Życie wolne i bardziej prawdziwe niż to oparte na gruncie wiary Świadków. Ale Ty nie jesteś mną i wcale nie jest moją misją pozbawienie Cię wiary. Natomiast wybacz, ale ja jestem pewien, że Świadkowie to nie jest religia, która daje dużo dobrego. Ja mam wrażenie, że Świadkowie Jehowy pozbawiają wiary tego pierwiastka indywidualnego, u nich jest wszystko takie ułożone, mechaniczne, pozbawione emocji i człowieczeństwa. To jest zespół korporacyjnych zasad, które pracownicy spełniają w imię awansu, czyli zbawienia. Jest wiele innych form spełniania się w wierze niż sterczenie ze stojakiem wyładowanym broszurkami reklamującymi jw.org.

‒ Oj odpuść to wreszcie, bo się znowu pokłócimy ‒ powiedziałem wesoło, a mój głos zdawał się dobiegać jakbym siedział na dnie głębokiej studni. Jonatan dalej nawijał, już nie wiedziałem czy do mnie do siebie.

‒ Ja rozumiem Twój punkt widzenia, człowiek musi stworzyć sobie iluzję świata wokół niego. Mityczną rzeczywistość, w której potrafi się poruszać i tłumaczyć rozgrywające się wydarzenia. To jest ulga psychiczna. Nie da się inaczej, świat jest zbyt trudny i skomplikowany, aby objąć go umysłem, przeanalizować i zrozumieć. Musimy tworzyć protezy, symplifikacje rzeczywistości, ogólne ramy, które nie są prawdziwe, ale umożliwiają funkcjonowanie w prawdziwej przestrzeni wokół nas. Ja nie mam pretensji o to, że masz taki mit. Albo o to, że na poziomie racjonalnym nie zdajesz sobie sprawy, że funkcjonujesz w micie. Tak jest dużo łatwiej. Nie wiedzieć albo udawać, że się nie wie. Ja mam pretensje, że dałeś się wciągnąć w mit ready made, i do tego nie najwyższych lotów. Nie wytworzyłeś własnego. A każdy powinien przynajmniej dokonać próby stworzenia struktury działania świata i umieszczenia samego siebie w tym konstrukcie. Być może nie jest najważniejsze czy nasz konstrukt jest jak najbliższy temu, co nazywamy prawdą. Najważniejsze zdaje się jest czy dany konstrukt pozwala nam skutecznie i szczęśliwie egzystować.

‒ O kurcze! Ty to jednak masz duszę filozofa! ‒ powiedziałem po minucie ciszy. Nie pamiętałem już o czym mówił. Ale cisza która nastała zasygnalizowała mi, ze skończył.

‒ O konstruktach Rudi! Umysłu! Chłopie! Ale nieważne! W życiu każdego i tak przychodzi moment, gdy jego konstrukt rozsypuje się tak jak wyburzane wieżowce w telewizji. Rzeczywistość dopada błyskawicznie. Na to nie można być gotowym. To jest anihilacja i wysadzenie, prosto w objęcia prawdy. Prawda to śmierć.

‒ E tam, niekoniecznie ‒ wybełkotałem. Prawda może być piękna. Jest piękna. Ty nie widzisz, że w tym całym Twoim smutnym i chaotycznym świecie brakuje właśnie Boga. Wraz z tym elementem, wszystko Ci się ułoży. Będziesz wiedział czego chcesz i będziesz wiedział dokąd zmierzasz. I lepiej się poczujesz. Taka prawda Cię wyzwoli. Mnie zależy żeby ją odnaleźć. Dotknąć. I poczuć wreszcie spokój. Będę o to walczył ‒ dodałem prawie krzycząć.

‒ Prawdopodobnie zupełnie inaczej rozumiemy słowo „prawda”. Być może dialog między wierzącym a niewierzącym jest zupełnie niemożliwy. I obaj mówimy o różnych rzeczach tym samym językiem. Ale tam jeden chuj. Ja będę mówił swoim: na poziomie indywidualnym obsesyjne dążenie do prawdy o sobie, nieuwikłanej w mit, jest równie niebezpieczne, co zatrzymanie się na prawdzie powierzchownej i samolubnej. Odkrywanie kolejnych warstw własnej powierzchowności, obdzieranie samego siebie z pierwiastka ludzkiego, koniecznie tragicznego, to droga do nikąd. Człowiek jest samolubnym kłamstwem pozorującym jestestwo we wzniosłym ideale, który nazywamy odpowiednio do okoliczności: dobroć, bogobojność, szlachetność, sukces, wiedza, macierzyństwo ‒ co tam chcesz.  

‒ Nie wiem czy to działa ta kryształowa substancja. Ale jesteśmy w innych światach Jonatan. W moim świecie nadal jest Bóg. I ja chcę do niego dotrzeć. Być może masz rację, że Organizacja nie jest najlepszym przekaźnikiem. Dokonałem wielu postanowień wczoraj. Będę żył pięknie, będę żył w zgodzie z sobą. Ale też chcę badać, uczyć się i dowiadywać. Czytałem wczoraj w nocy Biblię: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" Ja poczułem, że to do mnie, że nie potrzebuję być w Organizacji, jedyne co potrzebuję to trwać w nauce Jezusa.

‒ Miałem przez moment chęć znowu zarzucić Cię argumentami ‒ spojrzał na mnie badawczo spod przymrużonych oczu ‒  ale powstrzymam to ‒ ciągnął ‒ wiara, jako ufność, zaufanie do Boga. Rozumiem to. I bardzo cenię ludzi cechujących się dojrzałą wiarą, niepozbawioną wątpliwości, ciągle badającą i taką, która nie walczy z wiedzą. Taka wiara podnosi na duchu, sprawia, że żyje się łatwiej. Nie mam tego, ale szanuję. Za to u Świadków widzę więcej nacisku na strach przed Bogiem, na odseparowanie od świata, na wrogość wobec inności. Mało jest u nich Jezusa i jego miłości i tolerancji. O wiele za mało.

‒ To dlatego tak z tym walczysz? Z Organizacją?

‒ Czy ja walczę? Gdyby Organizacja wycofała się z podłej praktyki wykluczania ‒ to w zasadzie nie miałbym powodów z tym walczyć. Ja się przecież zgadzam z wieloma tekstami w Biblii. Lubię Jezusa. To był fajny gość.

‒ Zaskoczyłeś mnie teraz. Może jest dla Ciebie nadzieja.

‒ Nie ma! ‒ Jonatan zaśmiał się sardonicznie. Jestem tylko kawałkiem materii, bez żadnego znaczenia w kontekście wszechświata. W ludzkim rozwoju tylko jedna stała występuje; wraz ze zwiększaniem naszej wiedzy, zyskujemy świadomość naszej nikłości i bezsensowności. Pogoń za prawdą to pogoń za uświadomieniem sobie zupełnego braku znaczenia i wartości. Od korony stworzenia i centrum wszechświata po przypadkowo umieszczony zbitek świadomej materii. Im szybciej uświadomimy sobie własną znikomość tym wyżej możemy latać. Bo jeśli nic nie ma znaczenia, to znaczenie ma wszystko. Bez ciężaru metafizycznych wartości, bez ciężaru religijnych podziałów. Czysta, prosta egzystencja pozbawiona człowieczych mitów.

‒ Pewnie jeszcze wczoraj podjąłbym rękawicę i się z Tobą kłócił. A teraz powiem tyle; dzięki za Twój punkt widzenia. Ja mam inny. Po prostu dla mnie Bóg jest. I wierzę w niego oraz w jakąś formę zbawienia.

‒ Czy my jako gatunek jesteśmy warci tego zbawienia? Czy może bardziej zasługujemy na wytracenie? ‒ podniósł się z fotela i wpatrywał się we mnie uważnie.

‒ Co to znowu za pierdolenie?  Pewnie, że jesteśmy warci. Często błądzimy to fakt. Ale w środku jesteśmy dobrymi ludźmi.

‒ No popatrz na to z perspektywy globalnej ‒ bełkocze Jonatan ‒ nie od strony człowieka, ale od strony planety. W sprawie krytycznego osądu „tego świata” ja w zasadzie zgadzam się ze Świadkami Jehowy. Spójrz na kulę ziemską i zobacz, że została opanowana przez zarazę. I to my jesteśmy tymi bezmyślnymi robalami, które w manii konsumpcji toczą planetę. Zamienia się ona w jeden wielki śmietnik, a robali coraz więcej. Każdy jeden z nich przesiąknięty wizją ‒ Ja! Przetrwać. Ja! Very Special. Ja! Wygrać.

‒ Sam kreślisz beznadziejny obraz świata, w którym to obrazie z jakąś masochistyczną lubością się taplasz. Jaki świat masz w głowie, taki będziesz miał w rzeczywistości. Ustawowo zamknąłeś się na piękne uczucia. I ustawowo odrzucasz wyciągniętą do Ciebie rękę Boga!

‒ Ohoho wyciągniętą rękę. A to dobre! Pokaż mi ją to chętnie uścikam.

‒ Jest Bóg ‒ powiedziałem zdecydowanie.

‒ Nie ma ‒ odpowiedział niczym przekomarzające się dziecko.

‒ Jest! Jest! Jest!

‒ Jak tam chcesz. Wygrałeś. Ale ja dalej nie wierzę - pokazał mi język - usilnie staram się wierzyć w człowieka, chociaż coraz trudniej mi to przychodzi. Bo niestety jedno jest pewne; niezależnie od systemu, religii, Boga ‒ człowiek jest samolubnym chujem i basta.

 

Jonatan

Jaką ja czułem miłość do tego człowieka. Do pięknej istoty, która powoli wyrywa się z mocy trzymającego go mocno wirusa. Kibicowałem mu całym sercem. Chciałem pomóc, ale wiedziałem, że trzeba delikatnie, bo tak łatwo zagasić tę maleńką iskrę niezależności. Tylko ja nie umiem delikatnie. Wyszliśmy na taras i wypaliliśmy po joincie na otrzeźwienie.

‒ Dobra. Wracajmy na ziemię. Postanowiłem, że do Świadków nie wracam. Przynajmniej na razie. Mam swój honor. Nie będę się prosił. Jak mnie nie chcą to nie. Jedyne, co chcę to być silnym i im jeszcze pokazać, co jestem wart ‒ powiedział Rudi, ze śmiertelnie poważną miną.

‒ Skoro to dla Ciebie takie ważne to tak działaj. Ale za tym kryje się pułapka. Bo nie będziesz wolny, będziesz dalej żył pod dyktando ich oczekiwań.

‒ Na razie nie mam innego dyktanda. Dla mnie najgorsze to nie mieć żadnej motywacji. Poza tym wszyscy bliscy mi ludzie dalej w tym siedzą.

‒ Może i masz rację ‒ poczułem tworzącą się we mnie przykrość. A ja? To nie bliski?

 ‒ Problemem nie jest to, że wykluczyła mnie konkretna Organizacja, problemem jest dla mnie to, że nie mam innej, w której mógłbym funkcjonować. Wykluczony raz, na zawsze zostaję wykluczonym. Mentalnie ‒ mówił wpatrzony beznamiętnie w dal. Te słowa, nie brzmiały dla mnie jak stary dobry Matuesz. To jakby ktoś inny przez niego mówił.  

‒ Ładnie powiedziane ‒ moja twarz ułożyła się w kształt dobroci i wielkoduszności, wybaczyłem mu ‒ szukaj swojej drogi ‒ ciągnąłem ‒ ja tylko mogę powiedzieć, co myślę. Jeśli naprawdę chcesz zaimponować tym wszystkim zadufanym w sobie Świadkom, to droga jest całkiem prosta. Świadki nie są wcale różni od typowego „motłochu” ludzkiego. Powiem więcej, oni są ich najbliżej. Zaimponujesz im własnym szczęściem, na modłę parweńską; dużo kasy, dobra fura i inne typowe wyznaczniki sukcesu. I te Janusze i Bogdany spojrzą na Ciebie i pomyślą: Nuże, ale mu się powodzi, temu Mateuszowi. Nie ma nadziei na życie wieczne, ale korzysta z życia teraz. I w środku, bardzo głęboko, będą Ci zazdrościć.

‒ To czemu Ty tak nie robisz?

‒ W jakimś sensie tak robię. Tylko nie wiem jeszcze, czego chcę. I widzisz, tutaj masz nade mną przewagę.

‒ Ja przewagę? Ja to właśnie nie mam tak łatwo jak Ty ‒ rzucił Rudi ‒ uciekłeś sobie od tego i nie masz żadnych konsekwencji. Więc łatwo Ci mówić.

‒ Tak myślisz? Do mnie też się nie odzywa większość ludzi, z którymi się wychowałem. Duża część rodziny.

‒ Dlaczego?

‒ Nie wiem. Nic im nigdy nie zrobiłem. Chociaż przecież wiem, to po prostu spór o beletrystykę. Im podoba się cała książka, a mnie tylko fragmenty ‒ wyszczerzył zęby w uśmiechu ‒ jaki to absurd! Ale to wystarcza, żeby mnie odstawić jak jakiegoś śmiecia.

‒ To dziwne, że tak Cię traktują, mimo iż nie jesteś wykluczony.

‒ Nie są głupi. Widzą, że mam niejednomyślność  wypisaną na gębie.

‒ No tu to mają rację.

‒ Oni mają zawsze rację. Wszystko, co mówią, nazywa się przecież „prawdą”. Jak gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości ‒ mówił Jonatan tonem cyniczno‒tragicznym ‒ mogę tylko być zdumiony ich krótkowzrocznością ‒ kontynuował  ‒ i podziwiać siłę tego, bo to jest jednak zadziwiające, że grupa nieznanych bliżej dziadków z Brooklynu, ma moc powstrzymać Halinkę z Pcimia Dolnego przed odzywaniem się do rodzonej córki.

‒ Gdy patrzę na sprawę z twojego punktu widzenia, to dostrzegam jakie bezsensowne i tym bardziej przykre musi to być dla Ciebie. Dla mnie w sumie też

‒ Ale wiesz co? Teraz to mnie to jebie po prostu. Mam dupę z granitu. To jest w jakiś sposób wybór tych ludzi, pewnie niecałkowicie wolny. Ale wybór. A wiesz jakie jest największe wyzwanie, gdy zdecydujesz się wyjść z totalitarnego osaczenia umysłu?

‒ Jakie?

‒ Największe wyzwanie to otworzyć się na nowy świat, a jednocześnie dalej być sobą.

Miałem ochotę na rozpoczęcie kolejnej przemowy o życiu, ale powstrzymała mnie sącząca się muzyka telewizorowa:

„When I was young, it seemed that life was so wonderful”

‒ Uwielbiam to! ‒ wyszeptałem. I dałem głośność na maks.

„And they showed me a world where I could be so dependable
Oh clinical, oh intellectual, cynical”

 

Rudi 

Jonatan całkowicie zatopiony w muzyce stracił kontakt z rzeczywistością.

Po niezmierzonej ilości czasu, głośna muzyka zaczęła docierać i do mnie.

‒ Wiesz ja chyba nie mogę ustać ‒ mówię, nie wiem czy do siebie czy do Jonatana ‒ muszę się poruszać, to silniejsze ode mnie. Wstaję na środek pokoju i zaczynam tańczyć do „True Faith” by New Order.

‒ Tańcz! Raduj się Rudi! - Jonatan się obudził i zaczyna rytmicznie klaskać.

I tańczyłem. Całym sobą. Nie zważając na śmieszność. Tańczyłem tak prawdziwie, jak tylko naćpany człowiek potrafi tańczyć. Wyleciałem na taras i tam tańczyłem jeszcze mocniej. Zrzuciłem z siebie koszulę, wskoczyłem na stolik i darłem się w rytm piosenki:

„I used to think that the day would never come”

Niepostrzeżenie przyłączył się do mnie Jonatan. Tańczyliśmy razem jak szaleńcy. Okładaliśmy się nawzajem po twarzach, jak ludziki z teledysku. Do kolejnych piosenek zmienialiśmy choreografię, przebierając się w ciuchy robocze i kaski. Wymachiwaliśmy wiertarkami niczym kanibale dzidami. Jonatan roznegliżowany wparował z odkurzaczem w rytm "I want to Break Free" Queen. 

Dobrze na naszą wyobraźnię działała piła spalinowa. Jak kompletne pojeby próbowaliśmy ją odpalić, ale na szczęście się nie udało. Za to na grande finale udało mi się z gaśnicę pianową.  Ale byliśmy szczęśliwi w tej chwili. I przetańczyliśmy cały blok muzyczny.

‒ No i co! ‒ wrzasnął Jonatan plując pianą z gaśnicy - można dobrze się bawić bez alkoholu?

‒ Można!!

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
sj23
Czas publikacji:
niedziela, 11 lutego 2018 22:53

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Malkira napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2018/02/15 12:14:22:

    Ah, jak miło, nowa część. Zawsze przyjemnie się Ciebie czyta. W nawiązaniu jeszcze do naszej poprzedniej rozmowy - wiesz, gdzieś przeczytałam, że gorsze są uzbrojone owce od uzbrojonych wilków, gdzie człowiek jest tą uzbrojoną owcą. Innymi słowy, także zgadzam się z Tobą, że lepszy jest człowiek zły, ale rozgarnięty. Jeszcze lepiej: zły, który otwarcie potrafi się przyznać: tak, jestem skurwysynem. Ale cena za szczerość jest wysoka. Świat lubi poprawność polityczną i lubi być oszukiwany. Na swój sposób coraz bardziej mnie przeraża to, dokąd to zmierza. Być może to tylko moje wrażenie, może mylne, ale człowiek staje się coraz bardziej wydelikacony. Nagle "ranią go" głupie żarty, o wszystko może się już obrazić. Mam wrażenie, że coraz rzadziej mogę sobie pozwolić w kontaktach z ludźmi na otwartość.

    Przeczytałam "Mur". Rzeczywiście, świetna historia. Nawet dostrzegam podobieństwo stylu Sartra do Twojego. Świetnie opisane odczucia skazanych. Ze swojej strony mogę Ci polecić, o ile jeszcze nie znasz, "Kwiaty dla Algernona" Keyesa. Też short story, myślę, że mogłoby Ci przypaść do gustu.

    Cieszę się, że masz takie podejście. Jak już wspominałam, wydajesz mi się być naprawdę w porządku ziomeczkiem, z przyjemnością czyta mi się Twoje wpisy i rozmawia z Tobą, o ile jeszcze Cię nie zmęczyły moje wywody. Co do Organizacji, to jak wspominałam, dla mnie to naprawdę działa jak idealne corpo z marzenia biznesmena. Zasoby ludzkie za darmo. "Wykup" ziemi za darmo. Spadki, nieruchomości, samochody, inne dobra materialne - za darmo. No interes życia. I jeszcze wmów tym ludziom, że prawdziwy zaszczyt ich kopnął w dupę, że to robią - za darmo. Z jednej strony to jest prawdziwa sztuka. Z drugiej, też jest mi przykro patrzeć, jak dwie babeczki stoją w tym zimnie przy stojakach na rynku, zamiast iść do kawiarni na grzańca. Jednak jak mówiłam, niektórzy Świadkowie nie są gotowi na ponoszenie kosztów odejścia. Być może dla nich to lepiej, jeżeli zostają w tej sekcie. Jest to pewnego rodzaju zapora, choćby dla alkoholików przed chlaniem. Jakkolwiek nie uważam, aby ta metoda była właściwa, to niektórzy nie widzą innej alternatywy i nie chcą jej zobaczyć.

    Istnieje też wiele ciekawych paradoksów, do których jak dotąd żaden ŚJ nie potrafił się ustosunkować. Dla przykładu, zadałam kiedyś pytanie o pasożyty. Czy to Jehowa stworzył kleszcze, pchły, stonki? A jeśli tak, to w jakim celu? Dlaczego takich kleszczy nie chcą wpierdalać inne zwierzęta, np. nietoperze? Jeśli Jezus uzdrawiał, to dlaczego nigdy nie sprawił, że amputowana kończyna odrosła? Jeśli świat z założenia miał być pokojowy, a jaguary miały żywić się trawą, to po co im pazury? A co z człowiekiem neandertalskim, po którego istnieniu dysponujemy sporą ilością zapisu kopalnego? Jeśli ludzie żyją na Ziemi od 6 tys. lat, to w którym momencie dziejów człowieka udomowiono psa i kiedy powstały pierwsze farmy?
    Przykłady można mnożyć, ale nigdy na te pytania mi nie odpowiedziano. A mordę mi od parsknięcia chciało urwać, kiedy dowiedziałam się, że pasożyty to chyba Szatan wypuścił na świat, a dinozaury to się na arkę nie zmieściły.

    System wykluczania również mnie zawsze u nich przerażał. Nawet nie sama ichniejsza wizja Armagedonu, w którym ktoś ginie dlatego, że czyta Nietzschego i słucha Popka. To, że właśnie ci dziadkowie z Ameryki mają siłę zdolną rozbić całe rodziny, o których istnieniu nie mają nawet pojęcia. To jest naprawdę straszne; że dorośli ludzie są wychowywani przez obcych dziadków, którzy dyktują czego mogą słuchać, co oglądać i z kim się spotykać.

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/02/20 22:32:27:

    Hej, jak miło! Zawsze przyjemnie czyta się Twój komentarz.
    W nawiązaniu do tych uzbrojonych owiec, to natknąłem się na taki wywiad, gdzie główna myśl streszcza się w tym: "Bezrefleksyjne posłuszeństwo jest zarazą naszych czasów. W historii więcej zła wyrządzili ludzie ślepo posłuszni niż nieposłuszni". Także ten, to coś w ten deseń o czym my rozmawiamy.
    Miło mi niezmiernie, że przeczytałaś "Mur" i cieszę się, że się podobało. Aż sobie przejrzałem znowu tą historyjkę, poniekąd po to, żeby się upewnić, że Ci gniota jakiegoś nie poleciłem. Bo wiesz czytałem to dawno, a z czasem okazuje się, że coś, co lubiliśmy kiedyś teraz niestety wydaje się być lipą. No ale niee.. to dobre jednak.
    Do Sartra mi daleko. Ale dziękuję.
    W rzeczywistości Sartre strasznym brzydalem był, chociaż mimo to miał bardzo burzliwy i interesujący związek ze super piękną i inteligentną kobietą: Simone de Beauvoir. Czego oprócz stylu i erudycji można mu na pewno zazdrościć.
    "Kwiaty dla Algernona" Keyesa - na pewno przeczytam w najbliższym czasie i zdam relację.
    Co do rzeczy na temat SJ, to naprawdę fajnie to wszystko opisałaś. Paradoksów takich jest dużo, ale ludzie z wielu powodów wybierają się nad tym nie zastanawiać. Zresztą to ogólna tendencja, zastanawianie się nad rzeczami ogólnymi nie jest specjalnie popularne.

Dodaj komentarz

Kalendarz

Sierpień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Kategorie

Kanał informacyjny



gangrena@10g.pl

Opcje Bloxa