Wpis

czwartek, 15 marca 2018

Lustra nie ma. Część 11.

To może ten grubas, jest najwyższym stadium rozwoju człowieka współczesnego?

..........................................................................................................................................................................................................

21

 

Rudi

‒ O tam! To może ten grubas, jest najwyższym stadium rozwoju człowieka współczesnego? ‒ pokiwałem głową z politowaniem ‒ trzyma się Twoich zasad nie? Daje się porwać sensualnej przyjemności oferowanej przez tłuszcze i cukry. Dba o teraźniejsze szczęście. I nie przejmuje się opinią innych.


Przed wyjściem do klubu udaliśmy się do tajlandzkiej knajpy. Jonatan oczywiście zawsze przed dobrym jedzeniem musiał jeszcze poprawić sobie apetyty szczyptą thc. Był w nastroju kłótniodpornym. Wtedy na argument odpowiadał mi refleksją. Jakby licząc, że zapomnę i dam się wciągnąć w inną rozmowę.


‒ Żarłok zajada niepokój ‒ pochylił się konspiracyjnie i wysyczał nieludzkich głosem ‒ im grubszy tym większe niepokoje przeżarł. Wstyd być grubym. Bo to czarno na białym widoczna skaza na Twoim szczęściu. Nowoczesny człowiek ma pożerać szczęście, tak żeby nie było widać, że szczęścia nie ma. Ma być melancholijny, ale tak żeby nie być smutnym. Ma być hedonistą, ale takim z domieszką empatii. Innymi słowy ma być szczęśliwy, ale tak przyzwoicie. Bez epatowania. Bez parweniuszostwa.

‒ Ale ja nie o to ‒ zacząłem.

‒ Oj daj spokój! Weź no zamów se tego Changa!

‒ Mówiłem Ci, że ja dzisiaj nie piję. Idę na imprezę trzeźwy i wolny od narkotyków. Jak silny człowiek ‒ podkreśliłem to w tonie bardzo poważnym.

‒ Ja pierdolę, będziesz dzisiaj wesoły jak „Bema pamięci żałobny rapsod”

 

 Jonatan

 

Nie wiem czy to związane z byciem ex ‒ świadkiem, czy wszyscy tak mają. Wchodząc na imprezy miewam to dziwne uczucie. Uczucie braku przynależności. Jakby dalej we mnie rezonowało, że to te „światusy” tam się bawią. A ja jestem ten „inny”.

Dlatego wolę wchodzić  już pod wpływem „czegoś”. To mi ułatwia przełamanie „obcości” i wstępuję w radość i podniecenie całym sobą. Nie myśląc o tym czy należę czy nie. Czy jestem warty czy też nie.

Event, na który się wybraliśmy to tzw. Impreza Polska. Niektórzy emigranci takich spędów nienawidzą; „ bo tam same wsioki”. Prawdziwa elita emigracji ma za znajomych tylko anglików. Oni się wstydzą disko ‒pole’owatości pariasów. Rozumiem to. Ale ja w zgodzie z moją filozofią akceptacji siebie, akceptuję również moją próżniaczość i cebulowatość. I nie wstydzę się dobrze bawić na takiej imprezie. I tak nie mam nic lepszego do roboty. Dobrej zabawy nigdy nie można się wstydzić. To najlepsze, co nas w życiu spotyka.

No i weszliśmy do tej sali. I muszę przyznać, byłem pozytywnie zaskoczony. Żadnego Bajmu i żadnego Perfectu. Z głośników leciała całkiem porządna elektronika. A ludzie wyglądali na typ; gładcy i uprzejmi. Przy drugim spojrzeniu, dawało się jednak wykryć, że jest inaczej, niż na typowej brytyjskiej dyskotece. Tutaj nikt nie nadskakiwał brutalnie do panienek. Nie było łapania za dupę i wrzasków do ucha.

Za to na twarzach wielu chłopców była wypisana niepewność, a czasem nawet desperacja. Niby to ich dzień. Mają tutaj te nasze słowiańskie piękności na wyciągnięcie dłoni i na wyłączność. Nie trzeba rywalizować z obdarzonymi egzotycznymi walorami „Carlosami” i „Ahmedami”, z ich romantycznymi sentencjami i nieosiągalnymi dla naszych, umiejętnościami tanecznymi. Nie ma też „Thomasów” i „Johnów”;  czyli chłopaków w markowych koszulach, z domami na własność, prostymi zębami i pensją powyżej £40k. Nie ma ich pewności siebie i kabrioletów na podjeździe.

Było widać, że to dalej w nich siedzi. Ten polski smutek. Te marzenia, w których zdobywali świat tysiące razy; stawali się krezusami, wypuszczali przełomowe apki na androida, jeździli na Malediwy z młodymi kochankami. Te pomysły nigdy niewprowadzone w czyn. „Mateusze” i „Wojtki” pracujący w Starbucksie, w wypożyczalniach samochodów i w hurtowniach części hydraulicznych ‒ wszyscy po studiach, inteligentni, uprzejmi i grzeczni. Wychowani przez matki na porządnych chłopców. O wiele za porządni. Wykastrowani przez emigrację. Na samym dnie doboru naturalnego.

Co się właściwie stało z naszymi marzeniami, czy za mało się staraliśmy, nie mieliśmy szczęścia, czy podjęliśmy złe decyzje? A może naprawdę jesteśmy gorsi? Ale niczego nie żałujemy, bo odnajdujemy się w tłumie, jesteśmy razem.

I stali przy barze sącząc te piwa. Woleli gadać ze sobą o samochodach, które kiedyś kupią niż dołączyć do mnóstwa lasek na parkiecie, które wywijały ostro, bo nie obawiały się brutalnych zamachów na ich cnotę. A być może im tego brakowało?

Ale chłopcy uznali, że nie ma sensu. Że się nie opłaca. No.. może kilku tańczyło. Jeden misio to nawet bardzo podrygiwał tak, jakby miał atak padaczki.

I tak sobie kontemplowaliśmy z trzeźwym na smutno Rudim, który pił sok pomarańczowy. I ja, jak zwykle ledwo opanowujący rzeczywistość, ale za to mający o niej sporo refleksji.

 

Rudi

 

‒ Zoba tą! Podejdziesz? ‒ przerwałem 15 minutową ciszę przy barze.

‒ Nie, nie mam ochoty ‒ odpowiedział Jonatan wymijająco

‒ Boisz się.

‒ Nie tam, po prostu nie chce mi się.

‒ Boisz się.

‒ Kurwa! No dobra niech Ci będzie, boję się - przewrócił oczami Jonatan.

‒ Nie możesz się bać. Musisz wyjść poza strefę komfortu!

‒ Ale ja lubię strefę komfortu, lubię się dobrze czuć. Po to tu przyszliśmy.

‒ Racjonalizujesz sobie własny strach i kompleksy. Musisz podejść do tej laski, na impulsie, natychmiast. Nie bój się porażki. Porażka jak już nadejdzie, nigdy nie jest tak straszna, jak sobie wyobrażamy.

‒ Ja pierdolę, jak tak dalej pójdzie to się nie da z Tobą żyć. Wszędzie będziesz widział wyzwania i okazje do wyjścia ze strefy. Poproś o podwyżkę! Kopnij policjanta w dupę! Stań na rękach pod drzewem!

‒ Weź „niepierdol” i podejdź.

‒ Wezmę.

 

Jonatan

 

Może i miał rację. Ale tylko dlatego, że dziewczyna, na którą mnie nakręcał, była interesująca. Ubrana jakoś tak niebanalnie, potrafiła rzucić wzrokiem po parkiecie, po czym uśmiechnąć się do własnych myśli. Miała dystans do tego miejsca i zgrabną dupkę.

Zamówiłem u barmana dwa czerwone, semi dry.

‒ Dobry Wieczór! ‒ zagaiłem do niej przy barze, tak od razu.

‒ Dobry wieczór? ‒ ton głosu zaskoczony, na zasadzie czy my się znamy i WTF? Obrzuciła mnie wzrokiem, tak od niechcenia. Postanowiłem od razu pokazać, z czym przychodzę i świetnie się złożyło, bo barman właśnie postawił przede mną dwa kieliszki.

‒ Zupełnie przypadkowo mam tutaj dwa kieliszki wina, może masz ochotę mi z tym pomóc? 

‒ 7,50! ‒ oschle krzyknął polski barman przerywając mi rozmowę. Pokazałem mu kartę i bez słowa czekałem, aż wbije należność. Dzięki Bogu za contactless payment! Zamaszystym ruchem zbliżyłem kartę do czytnika piknęło i po sprawie. Trochę wytrąciło mnie to z równowagi. Ale nic to, podnoszę wzrok i próbuję wrócić do rozmowy. Dziewczyna na szczęście, dalej stała obok i czekała aż to się skończy. Samo to, już było dla mnie dowodem, że muszę się jej, choć trochę podobać.

‒ A o co Ci chodzi? Z czym to się wiąże? ‒ odzywa się pierwsza, mówiąc podejrzliwym tonem. Tylko jeszcze nie wiem czy to podejrzliwość taka żartobliwa, przekomarzająca czy też szczerze zła i złośliwa.

‒ Z niczym, to jest tylko sposób, na który chcę z Tobą zamienić parę słów ‒ odpowiadam niezbity z tropu.

‒ No to zamieniaj – rzuca krótko.

‒ Gdybyś mogła być kim chcesz, to kim chciałabyś być? ‒ wypaliłem z głupia frant.

‒ Co? Czy to jakiś podryw z księgi dla podrywaczy?

‒ Nie, naprawdę mnie to interesuje.

‒ Ale po co?

‒ Chcę się czegoś o Tobie dowiedzieć. A uważam, że to kim ktoś chciałby być, powie mi więcej, niż to, kto kimś jest. No bo kim się bywa? Można być stolarzem, księgową, kierowcą ciężarówki. I już. Ale co to mówi o tej osobie? Praktycznie nic. A jak mi zdradzisz, kim chciałabyś być, to już jest coś więcej, bo w tym jest jakieś marzenie. No i poza tym to na emigracji, mało kto, robi to, co lubi. Więc lepiej nie pytać. To kim chciałabyś być? 

‒  Pisarką, która pisze felietony w Guardianie, a w weekendy dla czystej przyjemności rozbiera się w prestiżowym londyńskim night clubie ‒ powiedziała wyzywająco ‒ a ty kim chciałbyś być? ‒ zapytała od razu, nie czekając na mój komentarz.

‒ Hmmm ja w takim razie chciałbym być pisarzem, który chadza do prestiżowego, londyńskiego night clubu, tylko po to, by przyjrzeć się pewnej kobiecie, która go zaintrygowała.

‒ Noo proszę. I co ten pisarz zrobi, jak się już jej przyjrzy?

‒ Będzie długo myślał nad tym, w jaki sposób z nią rozpocząć rozmowę. Zależy mu, żeby zrobić na niej wrażenie. No i wiesz, pisarze są zmuszeni, aby mówić coś nieoczywistego i pięknie.

‒ A po co takie wrażenie chce robić?‒ uśmiechnęła się czarująco, pijąc wreszcie z kieliszka, po krawędzi, którego cały czas wodziła palcem. Pewnie zastanawiała się, czy czegoś tam nie wsypałem.

Po co chce robić wrażenie? ‒ uśmiecham się szelmowsko i powtarzam pytanie, aby zyskać sekundę, na wymyślenie czegoś fajnego ‒ ależ droga pani, to jest oczywiste. Ona ma coś w sobie, co mu się bardzo podoba. Czy to ten piękny uśmiech, czy przeurocze spojrzenie ‒ nie wiadomo. On po prostu chce być blisko niej.

‒ Dobra panie pisarzu! Nie pierdol pan! ‒  rozwaliła tą dobrze się zapowiadającą konwencję ‒ chodzi mi o to, co to ma być z twojej strony? Jesteś jakiś buhaj zaliczacz?

‒ Ja zaliczacz? Nie. Ja skromny chłopak jestem. Po prostu przykułaś moją uwagę. A jeśli pytasz czy chcę zaciągnąć Cię do łóżka? No to cóż. Było by strasznym kłamstwem, gdybym powiedział, że nie.

 

Rudi

 

Liczyłem, że ta laska go spławi, on wróci z podkulonym ogonem, będę się mógł z niego pośmiać i może sam do niej wtedy podejdę. A tu fucking surprise! Udało mu się! Słodko szczebioczą już od godziny.

A mnie się wszystkiego odechciało. Znowu czuję się żałosny. Nie mam ochoty tańczyć, nie mam ochoty pić. Tzn. mam ochotę, ale wyjdę na człowieka niekonsekwentnego. No i piwo tu drogie. Bez sensu. Wracam do domu. Poproszę go o klucze do flatu zanim zniknie.

‒ Hej stary! ‒ podchodzę nieśmiało.

‒ Hej poznajcie się. To jest Marta – a to Rudi ‒ Jonatan przedstawił nas sobie.

‒ Cześć, Cześć.

Liczył na to, że z nimi usiądę i pogadam. Ale ja nie miałem ochoty być piątym kołem u wozu.

‒ Słuchaj możesz dać mi klucze, bo chciałbym spadać do domu?

‒ A co to tak już uciekasz? – Jonatan nie mógł się powstrzymać przed tym pytaniem.

‒ Nie mam humoru dzisiaj.

‒ Jasne ‒ powiedział wielkodusznie masz klucze. Do zobaczenia później.

‒ Si Ja!!!

Gdybym wiedział, że to ostatni raz, gdy widzę Jonatana, może powiedziałbym coś więcej. Ale jeszcze wtedy nie wiedziałem.                                                                                                                              

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
sj23
Czas publikacji:
czwartek, 15 marca 2018 22:46

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Malkira napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2018/03/16 16:38:34:

    Jesteś niedobry. Jak to tak przerwać w takim momencie?

    Swoją drogą, wcale nie dziwi mnie to, że Polak wstydzi się drugiego Polaka za granicą. Myślę, że to też nie jest wcale kwestia jakiejś elitarności, co po prostu tego stereotypowego januszostwa, które jakby nie patrzeć nie bez powodu jest stereotypowe. Przeważnie Polak na emigracji to budowlaniec, kelner, albo spawacz bez matury, bywalec remiz i tanzbud, miłośnik "Świata według Kiepskich" i Zenona Martyniuka. Polak na emigracji jest głośny i, delikatnie mówiąc, niesalonowy. Polaka poznasz za granicą po fruwających "kurwach" i zapijaczonych gębach. No przykry to widok dla kogoś, kto nie tyle zawodowo, co mentalnie stara się być ogarniętym człowiekiem, skupionym na swoich sprawach.

    Podobała mi się ta rozmowa z dziewczyną, taka niekonwencjonalna. Myślę, że sam moment zapoznawanie się już na dzień dobry mówi wiele o człowieku; w sam raz tyle, by mieć świadomość, czy jest sens rozmawiać dalej. Zauważyłam, że często Polacy nie tyle ze granicą, co ogólnie mają strasznie chamskie podejście do kobiet. Jadą "maniurkami", a między sobą "świniami", od razu takiego poznasz. Zresztą Polki nie bywają wcale lepsze - polskie dyskoteki pod tym względem to jakaś masakra. Oczywiście wiem, że to wszystko jest jednostkowe, mocno relatywne. Lecz coś w tym jest, skoro widok polskiej cebuli masz tuż za progiem.

    Czekam na kolejną część, mam nadzieję, że dodasz coś na dniach, bo mało mi Twojego pióra, mimo, że ostatnio wykupiłam chyba pół antykwariatu c:

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/03/19 13:10:19:

    Na emigracji różnie bywa. Znam spawaczy po studiach i kelnerów, którzy kiedyś byli aktorami w dobrych polskich teatrach. Dlatego emigracja to taki bardzo ciekawy tygiel. Ci którzy czytają sobie Kołakowskiego do poduszki muszą dogadywać się z tymi, co żadnej książki z własnej woli nigdy nie przeczytali. Co więcej, Ci co książek nie przeczytali są zwykle lepszymi fachowcami i w trakcie roboty to oni rządzą. Ogranicza ich tylko słaby angielski.
    Z moich obeserwacji wynika, że te dwie grupy się dogadują, łączy ich wspólny cel - zarobić worek funciaków. I jak idzie dobrze to jest dobrze. A po robocie nie muszą ze sobą dużo gadać. Ale i tak jedni od drugich mogą się sporo nauczyć. Może będzie z tego, coś dobrego.
    Co tam zakupiłaś ciekawego w antykwariacie?

  • Gość Malkira napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2018/03/19 14:45:26:

    Wiesz, to nie tak, że jakoś generalizuję, bo sama znam sporo takich przypadków wykraczających poza ramy aspiracji i przystosowania zawodowego. Znam dziewczynę, która ma piękny, operowy głos i ukończyła szkołę muzyczną z wyróżnieniem, a zapierdala na magazynie w Amazonie. Albo ziomka, który matematykę i informatykę ma w małym paluszku, a programuje na stanowisku popychadła w korpo, i to z pocałowaniem ręki jaśniepana prezesa, bo całe życie pracował na wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc, a psy kutasami piją wodę. Samo życie. Szczerze mówiąc, bardziej podziwiam tych, którzy na co dzień spawają blachy, a do poduszki czytają Tołstoja, albo Kołakowskiego, niż intelektualistów napompowanych bufonadą i salonowym splendorem.
    Chodziło mi raczej o pewien trend, o stereotyp, który jednak utarł się nie bez powodu. Przykre jest to, że zarówno u siebie, jak i na emigracji Polak często utopiłby drugiego Polaka w łyżce najbrudniejszej wody.

    Ojezu, czego nie kupiłam! c: Od czego by tu zacząć... Kupiłam pierwsze wydanie "Mistrza i Małgorzaty" - klasyk, ale jeden z moich ulubionych. Udało mi się dorwać "Wypychacza zwierząt" Grzędowicza za śmieszne grosze, "Od zwierząt do bogów", opowiadania Poego w starym wydaniu, pachnące już lekko książkową zgnilizną - uwielbiam ten zapach, swoją drogą, chyba jakimś zwyrolem jestem. Do tego kilka książek historycznych, "Religia Słowian i jej upadek" i stare wydanie baśni Andersena. Poluję też na "Kwiaty zła" Baudelaire'a. Raz sobie zamówiłam, to mi jakaś kurwa ukradła. Ciężko jest ogólnie dostać. W każdym razie, ledwo się zabrałam z tego antykwariatu i przepiździłam na książki znowu lwią część swojego hajsu c': Ale jak skończę czytać, to mogę umrzeć szczęśliwa.

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/03/30 20:58:38:

    Do Malkiry: Witam ponownie. Sorki, tym razem trochę dłużej mi zeszło z odpisywaniem.
    Też mam tak jak Ty, nie lubię napuszonych intelektualistów (jako przykład przychodzi mi do głowy Jacek Dehnel). Wolę fajnych, szczerych ludzi, którzy może spawają blachy ale mają i skromność i bystrość. No i obycie w prawdziwym świecie. Ale niewielu takich ludzi niestety.
    Fajne rzeczy kupiłaś w antykwariacie. Opowiadania Poe'ego i Bulhakov to klasyki wiadomo. Ale miło mi z tym Grzędowiczem, ostatnio czytałem jego najnowsze sci fi: Hel 3 - to się nazywało i bardzo przyjemnie się czytało. Dobre. I parę naprawdę fajnych pomysłów. "Kwiaty zła" też bardzo lubię, chociaż normalnie to nieprzepadam za poezją.
    Religia Słowian to też pozycja, którą chętnie bym przeczytał. Masz dobry gust ;)

Dodaj komentarz

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Kategorie

Kanał informacyjny



gangrena@10g.pl

Opcje Bloxa