Wpis

środa, 18 kwietnia 2018

Lustra nie ma. Część 14.

Na niej jakaś postać. Z rozciętej głowy leci krew.

....................................................................................................................................................................................

 U5dqogzLQqV45ThP2SvcyH7XCfcKkMz_1680x8400

 

Po bardzo długiej przerwie.

Leżę wyczerpany na nieporuszającej się już platformie. Nagle! Z tyłu za mną rozsuwa się ściana i moim oczom ukazuje się identyczne studio. Z publicznością, z Ibiszem, z platformą. Na niej jakaś postać. Z rozciętej głowy leci krew.

‒ A teraz, najbardziej ekscytująca część teleturnieju. POJEDYNEK!! Konkurs smsowy rozpoczęty!

‒ POJEDYNEK! POJEDYNEK! ‒ krzyczeli otumanieni ludzie, jednocześnie pisząc smsy.

‒ Panie Jonatanie. Zasady proste. Kto przetrwa ten wygrywa ‒ gadał Ibisz w Ibiszowym stylu.

Identyczne podesty powoli zbliżały się do siebie. Wstałem i zacząłem zastanawiać się, co zrobię. Tamten człowiek się nie ruszał. Nagle krew podpłynęła mi do głowy. Szarpnąłem się jak pies na łańcuchu.

Na drugiej platformie leżał Rudi!!!

Płaszczyzny spotkały się. Sprytny mechanizm automatycznie spiął je razem. Atmosfera przypominała walki MMA. Zbliżałem się do Rudiego. Poczucie krzywdy, od niego zaznanej, pulsowało mi w skroni.

‒ ZRZUĆ GO! ZRZUĆ GO! ‒ ryczała publiczność.

Ale opanowałem to. Rudi wyglądał bardzo źle.

‒ Rudi żyjesz? ‒ zapytałem.

‒ Żyję ‒ wycharczał.

‒ Co się stało?

‒ Uderzył mnie samochód, a później wyjebałem się na Kasi Cichopek.

‒ Ja też ‒ dodałem ponurym głosem.

‒ Wspaniale! Co za emocje! Proszę państwa! Dwójka przyjaciół będzie walczyć ze sobą o życie! ‒ komentuje Ibisz.

Połączone platformy zaczynają się bujać. Barierki schowały się całkowicie w podłożu. Rudi zsuwa się. Złapałem go jedną rękę za koszulę. A drugą trzymam się za stalową linkę.

‒ Dlaczego mi to zrobiłeś Rudi?

‒ Chciałem wrócić. Z tą kasą.. Naprawdę.. Wybacz!

Rudi ostatnim wysiłkiem wyszarpnął się z mojego chwytu. Z białej koszuli odpadły wszystkie guziki. Ja w swojej ślamazarności nie zdążyłem go złapać. A może nie chciałem?!

Rudi zsunął się za krawędź w milczeniu. Usłyszałem pusty łoskot mięsa uderzającego o podłoże i jednocześnie taki głęboki plusk, jakby uderzył o taflę wody.

Publiczność zawyła z emocji. Wszyscy wstali z miejsc. Niektórzy wymachiwali telefonami w ekstazie. Przyjmowali gratulacje od sąsiadów.

Odważyłem się spojrzeć. Leżał na wznak. W makabrycznie wygiętej pozie. Nadział się na pięć stalowych kolców. Jeden z nich praktycznie odciął mu głowę.

Wystrzeliło konfetti. Napis „Zwycięzca” pulsował na ekranie, na tle mojej chorej z amoku twarzy.

Ibisz bierze mnie pod ramię. Podnosi moje bezwładne ręce do góry.

 Wychodzimy żegnani rzęsistymi brawami.

‒ Chodź przejdziemy się razem do kibla. Pogadamy.

‒ Dlaczego? Dlaczego? – powtarzałem kompulsywnie, a moje ciało przeszywały deliryczne drgawki.

‒ Człowieku obudź się, jesteś na Sądzie Ostatecznym ‒ powiedział spokojnie Ibisz.

‒  Jak to? Co?

‒ No tak to ‒ żachnął się Krzysztof.

‒ Krzysztof Ibisz prowadzi Sąd Ostateczny? To jest jakiś bestialski dżołk! ‒ wypaliłem.   

‒ Mam talent kurwa! – warknął Ibisz ‒ i nie przeszliśmy na Ty szanowny panie! Krzysiu wszedł do kabiny. Słyszałem dźwięk Ibiszowego moczu, rozbijającego się pod dużym ciśnieniem o ścianki muszli. Chciałem tam wpaść i wyjebać mu w te piękne zęby i zmasakrować zabotoksowaną mordę, porwać na strzępy ten jego garnitur. Nienawidziłem go! Ale nie mogłem ruszyć nawet palcem.

‒ Jak sąd, to jaki jest wyrok? ‒ krzyknąłem.

‒ Wyrok jest ‒ rzucił Ibisz zza drzwi kabiny ‒ ale zanim podam, to dobra rada. W życiu nie chodzi o to, żeby udawać, że jest fajnie. Trzeba cieszyć się szczerze. I nie wstydzić się radości. Choćby okrutnej ‒ dobrotliwie uśmiechnięta twarz Ibisza wychyliła się zza drzwi ‒ wykorzystywać szanse i nie wybrzydzać, że takie pieniądze to mi śmierdzą, że ja to chciałem być szanowanym aktorem. Bierz, co Twoje. Po trupach ‒ rzucił Ibisz, ni to do mnie ni do siebie, podziwiając się w lustrze ‒ ten Rudi, nie żałuj go. Gdyby głupio nie zawrócił to prognozę miał na bogate życie ‒ Ibisz wyciągnął woreczek z białym proszkiem i sypał go sobie bezpośrednio do gardła ‒ ale sfrajerzył! Jak już się decydujesz być złym, to trzeba być złym do końca ‒ chcesz? ‒ zapytał, wymachując mi woreczkiem przed nosem.

‒ Nie! ‒ warknąłem ‒ co dalej?

‒ Przyjacielu! Wysyłają Cię z powrotem na próbę. Energię w sobie znajdź. Robotę dobrą. Ja polecam ci otwórz firmę sprzątającą domy starców.

‒ Co?

‒ Dobra rada. Dobry rynek. Świetne perspektywy.

‒ Nie chcę firmy sprzątającej!

‒ No to zostań kierowcą ciężarówki, C + E. Pracę zawsze dostaniesz ‒ klepie beznamiętnie Ibisz.

‒ Co to ma być? Ja chcę robić coś pięknego w życiu.

‒ Pięknego powiadasz? – Ibiszowy ryj wykrzywił się w zgryźliwym uśmieszku  ‒ nic się nie nauczyłeś. Nic nie zrozumiałeś. Nie ma piękna. I nie ma brzydoty. Jest tylko życie, śmierć i ich gradacje.

‒ To moje życie. Będę je marnował jak chcę!!

‒ Co ty sobie w tej głowie myślisz? Że sobie zostaniesz artystą, pisarzem czy innym żałosnym łachmytą? I będziesz moralnie wyższy? Będziesz tam sobie pisał i się nigdy nie sprzedasz, co?

‒ Tak właśnie tak myślę panie burżujska szmato!

‒ Jesteś absolutnym zerem. Nawet nie masz się, komu sprzedać. Nikt ci za nic nie zapłaci ‒ Ibisz starł z twarzy swój zawodowy uśmiech. Podciągnął rękawy koszuli. I wywalił mi z liścia w gębę.  ‒ Nie widzisz, że się naćpałeś i życie Ci przez palce przecieka? Obudź się! Bo niedługo przychodzi szef!! A Ty ćpałeś. Ciućmoku brodaty!!

‒ Co?

‒ „Naprzód dąż, naprzód dąż prawdę śmiało głoś” ‒ Ibisz zaczął śpiewać pieśń Jehowych świadków. Uświadomiłem sobie, że Ibisz to drzewo, które wyrasta z tej samej ziemi, co amerykańscy showmeni religijni, to ten sam żałosny blichtr. To sprowadzenie człowieka do roli prostego niedorajdy, który tylko dzięki łaskawości Pana może zapukać do nieba bram. Jeśli się podporządkuje. Jeśli będzie wołem robotniczym na payrollu korporacji.

‒ Proszę przestać! Zamknij się!!! ‒ darłem się jak opętany.

‒ Wstawaj! Śmotruchu! Pacanie z Pacanowa! Jesteś nie warty zwycięstwa!! ‒ głos Ibisza przechodzi w absolutny ryk, którego nie powstydziłby się wokalista Behemotha. Po czym głośno odharkuje i spluwa na mnie bezczelnie. 

‒ Ależ panie Krzysztofie! ‒ krzyknąłem. Ibisz z zaciętą miną łapie mnie za kark, ciągnie do kabiny, zanurza moją głowę w śmierdzącym kiblu i spuszcza wodę.

‒ Niech pan spierdala panie Jonatnie! ‒ słyszę głos Ibisza jakby w oddali.

Powoli się wybudzam.

Moim oczom ukazuje się Krzysztof..

Ale to był mój Krzysztof. Mój poczciwy chwat. Mój partner w robocie. W walce o godny byt. Przyjaciel.

‒ No jak już lepiej? ‒ Krzysiu spojrzał na mnie z troską.

Dobroć powróciła. Ten prosty, ale wspaniały człowiek mi pomoże. Moja dusza otuliła się balsamem błogości.

‒ Musiał żem Cię wodą polać. I trochę Ci przywaliłem z otwartej. Szarpałeś się dziwnie. No popiłeś znowu, czy co tam ‒ stwierdził Krzysiu. W jego głosie było trochę smutku i trochę przyzwyczajenia. Oraz tej niebiańsko dla mnie smakującej akceptacji. Krzysiu mnie akceptował takim, jakim jestem i nie zamierzał się na mnie wyżywać.

Twarz i ręce miałem zakrwawione. Ciało poobijane, źrenice niewiarygodnie wielkie. Głowa pulsowała mi bólem. No i ta jak najbardziej realna kupa w majtkach. Uświadamiałem sobie powoli, że mogłem już nie żyć. Łyknąłem cztery duże Ecstasy, wypiłem z 8 piw i wypaliłem niezliczoną ilość jointów. Byłem odwodniony i zarzygany.

 Łyknąłem trzy ibuprofeny. Wyszorowałem pieczołowicie zęby. Wziąłem prysznic. Po czym wszedłem do lounge roomu, gdzie Krzysztof pałaszował śniadanie.

‒ Musiałeś uderzyć głową w lustro. Ale nic się nie martw. Mam takie samo na vanie. W skipie znalazłem! Zaraz tam wszystko naprawimy ‒ powiedział Krzysiu wielkodusznym tonem.

 ‒ Dzięki stary! Naprawdę! Odwdzięczę Ci się, jak wrócę do formy.

 ‒ Dej tam spokój!

Krzysiu wyciągnął z papierowej torebki z napisem „Primark” dwa t‒shirty.

‒ A popa co se kupiłem! Wzięłem se takie podkoszulki dwie. Warto tam kupywać. 2 funty za jedną. To jest – Krzysztof ciężko przelicza na złotówki – to jest tak 9 zł gdzieś za jedną. Nooo to u nas w sumie też się kupi – dodał z zadumą ‒ ale fajne nie? ‒ teraz to Krzysztof szukał akceptacji.

‒ Fajne Krzysiu fajne. Sam bym se takie kupił ‒ dodałem, aby zapewnić go o mojej aprobacie. Kochałem tego człowieka!

Po tym ciężkim zamieszaniu oddałem się pracy całym sobą. Dobrze mieć, co robić w takich momentach.

Schodzę na dół. Do vana. Po jebane lustro..

Na uszach słuchawki non stop. Nie mogłem sobie pozwolić na przestrzeń do pojawienia się myśli. Tak.. Zdaje sobie sprawę, że zagubieni w świecie filmów, ekranów, powieści, wizji reklamowych i opinii ekspertów ‒ nie wiemy; kim jesteśmy i czego naprawdę chcemy itd.

Ale ja tak chcę na teraz.

I może po paru latach o tym sobie pomyślę. Gdy już będę w pięknym miejscu i wszystko będzie „hunky‒dory”.

Wróciłem do punktu wyjścia. To tu się poznaliśmy z Rudim. Przy vanie. W tym samym miejscu. I w takiej samej sytuacji; gdy ja, sfrustrowany, głośno klnąc odganiałem problematyczne wspomnienia.

Wyjrzałem zza drzwi vana, aby sprawdzić, czy nie ma tu gdzieś zbliżającego się do mnie Rudiego w chujowym garniturze.

Jego już nie ma. Tylko ta stara baba, co ją kiedyś widziałem. Patrzy na mnie i kręci głową.

Remarque pisał: „Zapomnienie to tajemnica wiecznej młodości. Człowiek się starzeje dlatego, że pamięta”. I to jest święta prawda.

Wraz z postępującym czasem, coraz więcej wymaga zapomnienia. Albo zakłamania. Przeinterpretowania.

Kiedyś będę wspominał tego totalnego doła, jako moment, w którym się podniosłem i wszystko zdołałem zmienić. Gdy rzuciłem w pizdu; ćpanie, chlanie i traktowanie samego siebie, jako maszynka do przyjemności.

To jest pożyteczny mit. Zrobię wszystko żeby w niego wierzyć. I wszystko żeby się spełnił. To jest ten dzień, w którym dokonuję przemiany. Zamiast winić Organizację, zamiast winić wychowanie, złych przyjaciół, zamiast winić pecha ‒ wiń raczej siebie. Ale nie za to, że poniosłeś porażkę. Nie za to, że miałeś przeszkody, że miałeś upadki. To zawsze po prostu jest. Tylko za to, że nie potrafiłeś się po nich podnieść.

Za 10 min wracam jednak trochę zły na górę:

‒ Stary! Lustra nie ma! ‒ gadam do Krzysia.

‒ Jak nie ma!? Muusi być!

‒ No nie ma. Patrzyłem wszędzie.

‒ Ahhh!!! No bo ja zapomniałem!! Dałem ja przecie to lustro temu Grześkowi w Swansea. Trochę my se tam popili i tak ten.. no poszło ‒ Krzysiu patrzy się na mnie usprawiedliwiająco.

 

 

 KONIEC

 STITT_art_is_not_a_mirror_1978D_copy

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
sj23
Czas publikacji:
środa, 18 kwietnia 2018 00:36

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Malkira napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2018/04/18 20:12:26:

    Rany, to było dobre. Czuję się content po lekturze "Lustra nie ma". I wiem, że powtórzę pierdyliard razy, ale zajebiście to wszystko połączyłeś. I tytuł, i koniec i przede wszystkim treść. Ten rozdział to wylęgarnia genialnych cytatów. "Nie ma piękna. I nie ma brzydoty. Jest tylko życie, śmierć i ich gradacje." Genialne w swojej prostocie. I oczywiście spodziewałam się zakończenia w tym rodzaju. Szczerze mówiąc, nie przepadam za tak zwanymi "dobrymi zakończeniami". Ty świetnie wyważyłeś proporcje, jest wszystko na swoim miejscu. Jest wzniosłość, erudycja i gówno nawet, czyli idealnie. Mam tylko nadzieję, że teraz znowu nie porzucisz pisania na X czasu, bo się chyba zdenerwuję. I nie żebym jakąś presję wywierała (nie, wcale...), czy coś, ale już nawykowo odwiedzam Twojego bloga jako obowiązkową "prasówkę" do kawy.

    Co by tu dalej, a tak. Riki tiki narkotyki c: Wiesz, lubię sobie zakurzyć Mary i szałwię, lubię też zolpidem pod postacią prochów nasennych. To ostatnie to wyjątkowo spoko wynalazek, który można dostać po prostu na receptę. Jednak w życiu nie dałabym sobie w żyłę, ani nie wciągałabym jakiegoś gówna niewiadomego pochodzenia. Mary i Salvia Divinorum to po prostu "dary Jehowy" z natury, które docenione zostały przez dawne i zapomniane już cywilizacje. Czemu i ja mam nie docenić? Ale ecstasy, jakieś szity w proszku, dziwne cukierki, to już moim zdaniem prosta droga w dół. I kurde, widzę, że podzielamy też to doświadczenie bycia jednością z wszechświatem X3

    Nie dziwię Ci się, że żywisz przyzwyczajenie względem Bloxa. W końcu od tylu lat tu publikujesz. Przenosiny zawsze są problematyczne.

    Ooooo, znasz się na rzeczy c: Znaczy wiedziałam już wcześniej, no bo sporo rozprawialiśmy o muzyce, ale zawsze fajnie wiedzieć więcej c:

    Wiesz, pewnie będziesz się śmiał, ale lubię pisać własne aranżacje baśni i... pornole X3 Mogę Ci podesłać coś na maila, tylko powiedz mi, czy ten, który tutaj widnieje, jest aktualny. Chętnie poznam Twoją opinię.

    Ooooh! No to skoro tak mówisz, to jeszcze chcę wierszyk, dużo brokatu, rozbierane, artystyczne fotki i kucyka X3

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/04/19 15:50:01:

    Cieszę się bardzo, że się podobało. Skrytykuj mnie za coś, bo mi woda sodowa uderzy do głowy!
    Przyznam, że myślałem nad różnymi zakończeniami i byłem bardzo blisko opcji, że obaj budzą się w szpitalu obok siebie i kończy się to w miarę pozytywnie.
    Co do dalszego pisania to nie wiem. Jeszcze pewnie coś wrzucę. Ale na razie przerwa.
    Tak, tak jedność ze wszechświatem to ważna rzecz. Chyba czasem łatwiej ją uzyskać niż jedność z samym sobą. A może to te same rzeczy.
    Zgadzam się najlepiej eksperymentować z rzeczami szeroko znanymi i używani od lat. Absolutne nie, dla dopalaczy i innych wynalazków o nie znanej zawartości. Moja ulubiona substancja to Maria , bardzo mnie to relaksuje.
    Kurcze piszesz baśnie i pornole! You had my attention now you have my curiosity ;) Wow co za skrajne gatunki. Chętnie poczytam. Szczególnie te drugie ;)
    E mail aktualny.
    Brokat spoko. Rozbierane artystyczne fotki? Czemu nie. Kucyk? Mam nadzieję, że chodzi o pluszaka :) Wierszyk? Tutaj największy problem widzę. Nie lubię za bardzo, a co za tym idzie wierszy nie pisuję. Chyba że krótki i sprośny.

  • Gość Malkira napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2018/04/19 19:58:48:

    Dobra. Wkurwia mnie, że tak rzadko piszesz. Pojawiam się i znikam i chuj. Zazwyczaj nie staram się cisnąć blogerów/pisarzy, bo wiem, co to znaczy mieć zastój i inne sprawy na głowie - mając do wyboru zapierdalanie lambo autostradą na tle nocnego miasta i zlizywanie szampana z brzucha gorącej striptizerki podczas potańcówy w Rio, a klepaniem bloga, wiadome, co się wybiera. No ale ja nie jestem cierpliwa, a muszę czekać, jak chcę czytać fajne rzeczy. Taka sprawa, proszę pana.
    "Co do dalszego pisania to nie wiem. Jeszcze pewnie coś wrzucę. Ale na razie przerwa. " - Ej, ale nie znowu kilka lat tej przerwy!

    No takie zakończenie też byłoby spoko, pewnie większość by się ucieszyła, ale osobiście lubię czuć ten specyficzny niedosyt. Że coś się bezpowrotnie pierdolnęło i nie ma boziu zmiłuj.

    Ważna rzecz, o ile nie najważniejsza, jednak na porządku dziennym przeważnie trudna do uzyskania. My ludzie lubimy bowiem żyć iluzjami, otaczamy się nimi, bo tak jest słodziej. Wolimy kłamać i być okłamywani i tak bardzo weszło nam to w krew, że już sami nie wiemy, kim jesteśmy. Życie było o wiele piękniejsze, gdy niewiele się z niego rozumiało. Wydaje mi się, że jedność z wszechświatem uzyskuje się dopiero po uzyskaniu jedności z samym sobą. Może jednak rzeczywiście jest to tym samym?

    Widziałam nafukane towarzystwo. Bardzo ciekawe zjawisko socjologiczne - jak bardzo można zrównać się poziomem z dnem. I to nie tak, że to jacyś wykolejeńcy, tylko ludzie z ambicjami, wykształceni i na co dzień ogarnięci. Nie do wiary, jak pod wpływem substancji chemicznych można zatracić się w mentalnym gównem. Powiem Ci, że jako poboczny obserwator byłam pod wrażeniem. A paląc taką Mary, to co? Najwyżej się trochę pośmiejesz, wyluzujesz, będziesz nawijał przemowy godne Cycerona i tyle.

    Wiem, że trochę dziwnie to się złożyło, ale wynika to z tego, że zawsze lubiłam eksperymentować z warsztatem pisarskim. No i ogólnie jestem osobą, powiedzmy, łączącą mocno skrajne cechy osobowości. Tak jakoś wyszło, że te dwie rzeczy wychodzą mi najlepiej. No i jeszcze fanfiction, ale jakkolwiek uwielbiam fanfiction wszej maści i dużo czytuję, tak nigdy nie uznam pełnej "autorskości" tego gatunku - jakkolwiek odjebane w kosmos byłoby dane opowiadanie. W każdym razie, już posłane c:

    Pff, pluszowy kucyk! Prawdziwego chcę! Tylko z różową grzywą, serduszkiem na zadzie i najlepiej, żeby śpiewał jakieś urocze piosenki. Co do wierszyka, sprośny i krótki, no to przecież idealny!

  • Gość Damian_Z_Piwnicy napisał(a) z 194.98.12.* komentarz datowany na 2018/04/20 14:42:05:

    Znakomite opowiadanie, przeczytałem wszystkie odcinki.

  • sj23 napisał(a) komentarz datowany na 2018/04/27 13:58:19:

    Dziękuję Damian z Piwnicy :)

Dodaj komentarz

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Kategorie

Kanał informacyjny



gangrena@10g.pl

Opcje Bloxa